Dzisiaj śnił mi się Londyn.
W którym przecież nigdy nie byłam. Pewnie dlatego się śnił. Takiego głodu wyjechania gdzieś nie czułam już dawno. Kilka dni temu, wracając z pracy, wsiadłam w pierwszy lepszy autobus. Zawiózł mnie na dworzec PKP. Zamiast się przesiąść i wracać do domu, poszłam na perony. Była godzina 21:30, do odjazdów dalekobieżnych jeszcze sporo czasu, startowały jedynie pociągi do Leszna, Zgorzelca czy Oleśnicy. I gdyby nie fakt, że w portfelu do końca miesiąca zostały mi grosze, pewnie włóczyłabym się całą noc pociągami po dolnośląskich mieścinach. Rano zadzwoniłabym do pracy mówiąc, że przepraszam, że będę o 12, bo podmiejski z Brzegu ma opóźnienie.
Albo poczekałabym do 22:20, kiedy odjeżdża pośpieszny do Warszawy, do 23:33 na TLK do Krakowa, albo do 00:08 i rano patrzyła na morze w Świnoujściu. I kto by mi zabronił?
W ubiegłym roku o tej porze byłam już po szalonym tripie do Szwecji, szykowałam się do lotu do Barcelony, Wielkanoc spędzałam nad morzem. Tegoroczny marzec jest dziwny, nie mogę nic zaplanować, jakimś cudem przepuściłam wszystkie pieniądze, przestałam robić zdjęcia, odczuwam dziwny zastój. Jestem zestresowana, ciągle niewyspana, brakuje mi w tym wszystkim spontaniczności.
Z dworca ostatecznie zawróciłam. Na gapę jeździć nie będę. Słuchawki na uszy, spacer do domu i wszystko sobie już poukładałam. Znów wiem, czego chcę - mam jako takie plany na kwiecień, klarują się plany na wakacje, dostrzegam znów frajdę w robieniu zdjęć. I pomyśleć, że wystarczyło pójść pogapić się na pociągi.
Londyn w tym roku też odwiedzę.