10 lutego 2015

Trzeba iść dalej

 

Pół roku temu obiecałam sobie, że stworzę swoją własną stronę internetową, która będzie pełniła rolę portfolio. Nauczyłam się wordpressa, wybrałam serwer i czekałam. Nie wiem na co. W tym czasie ktoś podkupił mi domenę fotoaktywna.pl, której zapomniałam opłacić. Ten incydent jeszcze bardziej oddalił mnie od wcześniejszych założeń, siedziałam bezczynnie, szukając co rusz wymówek, czemu "jeszcze nie teraz". Aż wreszcie w styczniu, podczas pierwszego w tym roku spotkania Geek Girls Carrots, Zuza spytała mnie: Beata, jak tam twoja strona?

To krótkie, proste pytanie postawiło mnie do pionu dość skutecznie. Następnego dnia miałam już kupioną nową domenę i opłacony serwer, wstępnie na miesiąc, gdybym zdążyła się po drodze rozmyślić. Dzień później instalowałam już wordpressa i rozpisywałam elementy strony, których potrzebuję. Zaczęłam żmudne poszukiwania odpowiedniego szablonu, który mogłabym dowolnie modyfikować. Szybko się okazało, że nie ma szablonu idealnego. Każdy, który przyciągnął wstępnie moją uwagę, miał to "coś", co decydowało o tym, że szukałam dalej. Ostatecznie zdecydowałam się na jeden, będący najlepszym kompromisem tego, co chcę i tego, co mogę znaleźć w ofercie layoutów. Przespałam się z decyzją. Następnego dnia podobał mi się tak samo, jak poprzedniego, co uznałam za dobry znak. Dziś podoba mi się już mniej, ale mam świadomość, że dopóki sama nie nauczę się stawiać kodu, nie osiągnę wymyślonego wcześniej ideału. Ostatecznie liczy się treść i założenia, jakie strona ma spełniać.

Tydzień temu światło dzienne ujrzało moje portfolio - fotoaktywna.com.

Czeka jeszcze na dopracowanie, ale nie spieszę się z tym. Poprawki i dłubanie sprawiają mi przyjemność, więc je sobie dawkuję. Chcę mieć poczucie, że cały czas coś "tworzę".

Przy okazji powstawania portfolio, zadałam sobie mnóstwo pytań o swoją fotografię, jej cel, środki, możliwości. Odpowiedzenie na nie doprowadziło do decyzji o stworzeniu drugiego miejsca, które byłoby mniej komercyjne, a bardziej "moje". W którym nie ma miejsca na zdjęcia, które wykonuję zawodowo. Teoretycznie taką funkcję spełnia ten blog, jednak mam wrażenie, że po kilku latach prowadzenia go, zrobił się tu mały śmietnik. Są i moje prywatne wynurzenia, i parę sesji komercyjnych, i zdjęcia, które wykonywałam do szkoły, a ostatnio również podróże. Jest o wszystkim, czyli o niczym. Dziś wiem, że gdy ograniczę swoje miejsca w sieci do dwóch bytów, rozdzielonych wyraźną linią, będę mogła zrobić krok naprzód. Już nie mogę się doczekać.

Dziś powstał blog na tumblr - fotoaktywna.tumblr.com

Wcześniej pod tym adresem był blog "One Photo A Day", który zdecydowałam się przenieść pod inny adres - ujecia.tumblr.com - później zdecyduję, co z nim zrobić. Najpewniej jednak zostanie sobie tu i czasem będę na niego zaglądać. Nowego tumblra chciałabym przenieść na swoją domenę, jeszcze tylko nie wpadłam na żadną ciekawą nazwę. Nie chcę jednak zwlekać, kiedyś na pewno coś przyjdzie mi do głowy, a blog wolę mieć już teraz.

Zrobiłam wreszcie porządki w głowie i zabrałam się za sprawy, które już dawno powinny zostać załatwione, nie tylko te blogowo-internetowe. To oznacza jednak, że Fotoaktywna na Blogspocie kończy swój paroletni żywot. Kończy go jednak szczęśliwie i z ekscytacją, wynikającą z poczucia świeżości i nowości. Blog otworzył mi wiele drzwi i gdyby nie "głupia" decyzja o jego założeniu, ponad pięć lat temu, pewnie dziś nie miałabym pojęcia o fotografii. Nie poznałabym wielu ludzi i być może miałabym jakieś poczucie pustki. A tak - moje ekshibicjonistyczne zapędy miały miejsce do realizacji ;) Analytics pokazuje, że trochę Was tu było, przynajmniej od czasu do czasu. Fajnie, że chcieliście tu zaglądać. Zapraszam Was zatem w nowe miejsca i do zobaczenia!

09 lutego 2015

Z górami w tle

Rozmowa.

Właściciel agroturystyki Wiśniowy Sad przez pół godziny opowiadał mi o historii gór, legendach, lokalnych kulinariach. Dzięki niemu stworzyłam sobie w myślach listę miejsc, które bardzo chciałabym odwiedzić. Karkonosze to wyjątkowe góry - oferują turystom klimat prawie alpejski, będąc jednocześnie łatwo dostępnymi.

Pan Witek wspominał, że wszystkie okoliczne chaty pozbawione były piorunochronów. Sam dziesięć lat temu zajął się XIX-wiecznym domkiem, które za niemieckich czasów musiało mieć coś, co chroniło go przed piorunami. Okoliczne domy miały mniej szczęścia. Pożary wybuchały tu często i z wielu pasterskich chat pozostało tylko kilka bud. Dziś, odremontowane, pełnią rolę schronisk. W miejscowościach na Pogórzu Karkonoskim część domów pełni dziś rolę agroturystyki, Wiśniowy Sad to właśnie jeden z takich ocalałych domów. Niewątpliwie trafił w dobre ręce.

W salonie ustawiona jest niewielka biblioteczka, a wśród książek znaleźć można między innymi historie Jeleniej Góry i legendy górskie. Jedną z nich, o złej księżniczce z Zamku Chojnik, opowiedział nam przemiły człowiek w trakcie spaceru na wspomniany zamek. Legendę o zemście Ducha Gór, podczas wyprawy na Śnieżkę w XVII wieku, wygrzebałam sama. Wniosek: nie przezywaj Ducha Gór, bo z powszechnie znanego, miłego, starszego pana z długą brodą, zmieni się w strasznego smoka i ześle gradową burzę. Tu ciekawostka: postać poczciwego Ducha Gór była pierwowzorem tolkienowskiego Gandalfa. Pan Witek jest kopalnią wiedzy.

Fotografia.

Przez całe dwa dni słyszałam zewsząd dźwięki migawki, które pozwoliły mi uwierzyć, że pasja wciąż głęboko siedzi w ludziach, a ja z ich pasji mogę uszczknąć co nieco dla siebie. Odechciało mi się budowania portfolio. Odechciało mi się zleceń. Fotografia jest nadal tylko i wyłącznie dla mnie, a nie dla pieniędzy. Niekończące się rozmowy i wymiana doświadczeń to bardzo cenna rzecz. No i samo spotkanie było szalenie budujące - udowodniło, że ludzie, którzy nigdy wcześniej nie widzieli się na oczy, mogą rozmawiać do nocy i niemalże ryczeć przy pożegnaniach. I to wszystko #zgóramiwtle.

Naprawdę nie znaliśmy się wcześniej, a jednak było rodzinnie i dominowało poczucie, że znamy się od lat. Może to magia miejsca, może odpowiednie osoby, a może domowe ciasta i czekoladki z masłem orzechowym. W każdym razie - po dwóch dniach czuję się wypoczęta jak po tygodniowym urlopie.

Pamiątki.

Pan Witek zachęcił mnie do spróbowania Likieru Karkonoskiego.

"Lecznicze nalewki były wytwarzane według ściśle tajnych, sprawdzonych receptur, które były przekazywane z ojca na syna. Tak samo jest z Likierem Karkonoskim - jest, jaki jest i nie pytaj o składniki. Jedno jest pewne - nie ma w nim sztucznych domieszek ani konserwantów. Likier Karkonoski ma moc 40% i dojrzewa w dębowych beczkach aż do uzyskania niepowtarzalnego aromatu."

Kupiłam i mam w domu na półce butelkę z wizerunkiem Ducha Gór. Straszy mnie procentową objętością lokalnego trunku. Dzięki temu już wiem, co będę pić za tydzień.

Komplement.

Spędziłam te dwa dni w rozciągniętym tiszercie i najcieplejszym swetrze, jaki znalazłam w szafie. Włosy w nieładzie, uwędzone dymem z zimowego ogniska. Na nogach górskie pantofelki wyglądające jak buty ortopedyczne. Tymczasem, mimo tego dość luźnego anturażu, usłyszałam jeden z najpiękniejszych komplementów w życiu, od zupełnie obcej mi osoby, która tak po prostu powiedziała mi, co myśli. To był dość przełomowy moment w ostatnich miesiącach, bardzo dla mnie ważny. Dziękuję.

W pociągu powrotnym siedziałam spokojna i skupiona. Czytałam książkę i nie przeszkadzało mi, że ktoś wyrwał hamulec i stoimy w polu. Pewne rzeczy się po prostu nie zmieniają ;)

 

Sprawczynią spotkania była niezastąpiona Aife. Dopięła wszystko na ostatni guzik, za co należą jej się wielkie ukłony!