Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karkonosze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karkonosze. Pokaż wszystkie posty

09 lutego 2015

Z górami w tle

Rozmowa.

Właściciel agroturystyki Wiśniowy Sad przez pół godziny opowiadał mi o historii gór, legendach, lokalnych kulinariach. Dzięki niemu stworzyłam sobie w myślach listę miejsc, które bardzo chciałabym odwiedzić. Karkonosze to wyjątkowe góry - oferują turystom klimat prawie alpejski, będąc jednocześnie łatwo dostępnymi.

Pan Witek wspominał, że wszystkie okoliczne chaty pozbawione były piorunochronów. Sam dziesięć lat temu zajął się XIX-wiecznym domkiem, które za niemieckich czasów musiało mieć coś, co chroniło go przed piorunami. Okoliczne domy miały mniej szczęścia. Pożary wybuchały tu często i z wielu pasterskich chat pozostało tylko kilka bud. Dziś, odremontowane, pełnią rolę schronisk. W miejscowościach na Pogórzu Karkonoskim część domów pełni dziś rolę agroturystyki, Wiśniowy Sad to właśnie jeden z takich ocalałych domów. Niewątpliwie trafił w dobre ręce.

W salonie ustawiona jest niewielka biblioteczka, a wśród książek znaleźć można między innymi historie Jeleniej Góry i legendy górskie. Jedną z nich, o złej księżniczce z Zamku Chojnik, opowiedział nam przemiły człowiek w trakcie spaceru na wspomniany zamek. Legendę o zemście Ducha Gór, podczas wyprawy na Śnieżkę w XVII wieku, wygrzebałam sama. Wniosek: nie przezywaj Ducha Gór, bo z powszechnie znanego, miłego, starszego pana z długą brodą, zmieni się w strasznego smoka i ześle gradową burzę. Tu ciekawostka: postać poczciwego Ducha Gór była pierwowzorem tolkienowskiego Gandalfa. Pan Witek jest kopalnią wiedzy.

Fotografia.

Przez całe dwa dni słyszałam zewsząd dźwięki migawki, które pozwoliły mi uwierzyć, że pasja wciąż głęboko siedzi w ludziach, a ja z ich pasji mogę uszczknąć co nieco dla siebie. Odechciało mi się budowania portfolio. Odechciało mi się zleceń. Fotografia jest nadal tylko i wyłącznie dla mnie, a nie dla pieniędzy. Niekończące się rozmowy i wymiana doświadczeń to bardzo cenna rzecz. No i samo spotkanie było szalenie budujące - udowodniło, że ludzie, którzy nigdy wcześniej nie widzieli się na oczy, mogą rozmawiać do nocy i niemalże ryczeć przy pożegnaniach. I to wszystko #zgóramiwtle.

Naprawdę nie znaliśmy się wcześniej, a jednak było rodzinnie i dominowało poczucie, że znamy się od lat. Może to magia miejsca, może odpowiednie osoby, a może domowe ciasta i czekoladki z masłem orzechowym. W każdym razie - po dwóch dniach czuję się wypoczęta jak po tygodniowym urlopie.

Pamiątki.

Pan Witek zachęcił mnie do spróbowania Likieru Karkonoskiego.

"Lecznicze nalewki były wytwarzane według ściśle tajnych, sprawdzonych receptur, które były przekazywane z ojca na syna. Tak samo jest z Likierem Karkonoskim - jest, jaki jest i nie pytaj o składniki. Jedno jest pewne - nie ma w nim sztucznych domieszek ani konserwantów. Likier Karkonoski ma moc 40% i dojrzewa w dębowych beczkach aż do uzyskania niepowtarzalnego aromatu."

Kupiłam i mam w domu na półce butelkę z wizerunkiem Ducha Gór. Straszy mnie procentową objętością lokalnego trunku. Dzięki temu już wiem, co będę pić za tydzień.

Komplement.

Spędziłam te dwa dni w rozciągniętym tiszercie i najcieplejszym swetrze, jaki znalazłam w szafie. Włosy w nieładzie, uwędzone dymem z zimowego ogniska. Na nogach górskie pantofelki wyglądające jak buty ortopedyczne. Tymczasem, mimo tego dość luźnego anturażu, usłyszałam jeden z najpiękniejszych komplementów w życiu, od zupełnie obcej mi osoby, która tak po prostu powiedziała mi, co myśli. To był dość przełomowy moment w ostatnich miesiącach, bardzo dla mnie ważny. Dziękuję.

W pociągu powrotnym siedziałam spokojna i skupiona. Czytałam książkę i nie przeszkadzało mi, że ktoś wyrwał hamulec i stoimy w polu. Pewne rzeczy się po prostu nie zmieniają ;)

 

Sprawczynią spotkania była niezastąpiona Aife. Dopięła wszystko na ostatni guzik, za co należą jej się wielkie ukłony!

12 listopada 2014

Tu zawsze jest pięknie

 

Złapać oddech.

25 września 2014

Na szlaku

Zaczęło się rok temu, gdy po pewnym przykrym incydencie potrzebowałam się uspokoić i nabrać dystansu. Mimo że w ogóle nie chodziłam po górach, nie miałam kondycji, pogoda była koszmarna i nie byłam zupełnie przygotowana, poszłam w te nieszczęsne góry pełna determinacji. Mimo deszczu, porywistego wiatru i zimna szłam pod górę, bo przecież jak to, ja nie dam rady? Na sam szczyt nie dotarłam, bo po drodze stałam się jedną wielką kałużą wody i gradu. Wyprawa ta jednak uświadomiła mi, że upór bardzo przybliża do celu. Celem nie był szczyt, tylko nabranie dystansu. Przy okazji nabrałam również pewności, że wrócę na ten szlak - problemy po drodze znikają, a góry z pewnością będą na miejscu jeszcze przez jakiś czas.

Nie wiem, co mi się wtedy poprzestawiało w głowie, może wypiłam za dużo grzańca. Poprzestawiało na tyle, że w ciągu ostatnich paru miesięcy inne rejony świata mogłyby dla mnie praktycznie nie istnieć. Fajnie jest polecieć do Amsterdamu, super się siedzi na plaży w Sopocie, ale odkryłam, że prawdziwą satysfakcję daje mi świadomość, że pokonuję kolejne stopnie pod górę i mogę spojrzeć na świat ze szczytu. Jaki by nie był, zdobycie go to moja własna praca, nie samolotu, nie pociągu ani tym bardziej taksówki, tylko moich nóg, które idą dokładnie tam, gdzie ja chcę. Jest w górach jakaś wolność. Panuje zupełnie inny klimat. Na szlaku każdy mówi dzień dobry, zawsze, każdemu. Ludzie się przepuszczają w wąskich przejściach, gdy ktoś idzie trochę wolniej. Możesz się przysiąść do czyjegoś stolika w schronisku i bez problemu zagadać, o cokolwiek. Możesz iść po ścieżce obok matki z pięcioletnim dzieckiem i rozmawiać z maluchem o fotografii, bo okazuje się, że dzieciak całkiem sporo ogarnia. W górach panuje po prostu sympatyczna atmosfera, może dlatego, że gdy nocujesz w schronisku, to nie ważne, ile masz pieniędzy, jaką pracę i jaki smartfon w kieszeni - zawsze masz taki sam pokój jak inni, z dokupioną za 7 zł pościelą, jesz te same paskudne parówki na śniadanie, też przy kawie studiujesz mapę i może ci się przypadkiem włączyć czeski roaming. Mam wrażenie, że świat w górach jest prawdziwszy, bo na szczycie zostaje człowiek w otoczeniu tylko tych rzeczy, które jest w stanie sam na górę wnieść. Wszyscy są podobni i chyba to sprawia, że w jakiś bliżej nieokreślony sposób jesteśmy sobie bardziej przychylni.

Nie to, że nad morzem czy w miastach jest źle. Ale jakoś nie wyobrażam sobie, że w ten sam sposób, co do stolika w górskim schronisku, dosiada się do mnie bananowa młodzież w sopockiej Zatoce Sztuki. Pomijając, że nigdy nie będzie w niej tak cicho, jak przy zachodzie słońca na szczycie góry.

Nadal nie uważam się za obeznanego w temacie górołaza, wręcz przeciwnie, wciąż byłam w górach tylko kilka razy, ale chyba wsiąkłam na dobre. Nie wiem, dlaczego wcześniej nie lubiłam gór. Może zawsze pokutowało we mnie przekonanie, że nie dam rady, że to męczące, że po co się tak pocić. Jednak jak się już upocisz i zrobisz te parę kilometrów, to satysfakcja jest tak ogromna, że nie da się jej do niczego porównać. Oczywiście, że jest się zmęczonym i ma się "wszystkiego serdecznie kurwa dość" przy końcowym podejściu. Ale ile przy tym wydziela się endorfin!

W ostatni weekend sierpnia, po równo 20 latach (jak to brzmi!) weszłam znów na Szrenicę. To znaczy - o ile pamiętam - to poprzednim razem jednak wjechałam wyciągiem. Tym razem po szlaku prowadziły mnie moje nogi w zniszczonych już bardzo butach. Marzyłam o tym, by w schronisku na szczycie zjeść kultowe naleśniki z serem, śmietaną i jagodami. I udało się, choć jagody, wiadomo, to nie to samo, co 20 lat temu. Zamiast świeżych owoców na talerzu znalazłam kisiel i trochę jagodowej mazi, ale było to wtedy kompletnie nieistotne, bo oto stał przede mną peerelowski talerz z duraleksu z dwoma wielkimi naleśnikami, butla piwa, a za oknem ustawał deszcz i dało się zaobserwować lekki fen i naprawdę, szaleńcza radość była blisko.

Pierwszy raz oglądałam zachód słońca na szczycie. Dobra pogoda i przewijające się przez niebo chmury zafundowały mi spektakl świateł, pośród których wędrowały niższe szczyty Karkonoszy po czeskiej stronie. I mimo że uwielbiam zachody słońca nad wodą, tak po ostatniej wizycie w górach, na mojej liście morze i jeziora zdecydowanie spadają na dalsze miejsce. Wyjątkiem są chyba tylko zachody w Skandynawii, ale to już inna bajka.

Słońce zachodziło dobrą godzinę, a nawet po upływie tego czasu nie zrobiło się całkowicie ciemno. Oczy przyzwyczajały się do zmiany światła i jeszcze po godzinie 21 dało się dostrzec ostatnich pieszych wędrujących do schroniska. Wieczorem przeszliśmy jeszcze cztery kilometry - na czeską stronę, mijając ciekawe skałki (o uroczej nazwie Trzy Świnki) i doszliśmy do Voseckiej Boudy, bardzo klimatycznego, drewnianego schroniska. Można było iść dalej, ale cóż, nikt nie miał latarki. Wiadomo, mieszczuchy w górach ;)

Drugiego dnia, po zjedzeniu na śniadanie bezsmakowych parówek, ruszyliśmy w stronę Szklarskiej Poręby. Po drodze zeszliśmy na herbatę do schroniska Pod Łabskim Szczytem, nad którym królują rogi jelenia, a do herbaty Lipton trzeba dopłacić złotówkę. Dalej niebieskim szlakiem, momentami dość stromym, biegnącym przez las. Tu zaskoczyła nas mapa, która wskazywała, że zejście zajmie nam około 50 minut, a tymczasem na miejscu pod wodospadem Szklarki byliśmy po dwóch godzinach. Urok tego szlaku polega jednak na tym, że jest praktycznie pusty, a po drodze można napotkać na świetne miejsce przy strumyku, gdzie można zdjąć buty, brodzić po kostki w wodzie i udawać, że wcale nie jest zimno.

Schroniskowe jedzenie zasługuje chyba na osobną galerię zdjęć. W kolejnym zjadłam pyszny, domowy obiad, który wraz z grzanym piwem w zestawie kosztował mnie niewiele ponad 20 złotych. Siedząc przy stole otaczały mnie górskie obrazy na sprzedaż, przeróżne bibeloty mniej i więcej warte, ale największy urok miał zdecydowanie drewniany posąg Karkonosza, postawiony przed wejściem ku uciesze turystów, czyli również mojej (oczywiście, że zrobiłam mu zdjęcie). O wodospadzie nie wspominam, bo może i piękny, ale ogrodzony, a jakoś nie przepadam za barierkami, przy których można tylko stanąć i się oprzeć.

Ten jeden, weekendowy wyjazd pozwolił zaplanować kolejne trasy po Sudetach, które pierwotnie chciałam przejść dopiero wiosną, ale chyba nie wytrzymam. Już wiem, że nie wytrzymam.

Przeczytałam dziś na fb komentarz pod zdjęciem znajomej, że góry są wystarczająco wysokie, by spojrzeć na życie z właściwej perspektywy. Podpisuję się pod tym wszystkimi obolałymi kończynami.


07 listopada 2013

Na chwilę


Jeszcze tam wracam.
[wywołałam kliszę i piękną mgłę]

04 listopada 2013

Moja Samotnia


Chyba pierwszy raz chciałam bardzo dosłownie uciec od problemów. I postanowiłam wejść na Śnieżkę. Nie jest to wielki wyczyn, ale patrząc na mój brak kondycji do chodzenia po górach uznałam, że będzie to niezłe wyzwanie, przynajmniej na początek. Chciałam iść sama, ale nie znam gór. Wzięłam Marcina i w sobotę rano wylądowaliśmy w Karpaczu.

To zabawne, że nawet nie zdążyliśmy się dobrze rozchodzić, nawet dojść do Świątyni Wang i stamtąd do Karkonoskiego Parku Narodowego, a ja już marudziłam, że nie dam rady. Dostałam jednak kopa w dupę i chcąc nie chcąc ruszyłam dalej. Później, mimo że pod górę, w sumie było "z górki". Bardzo przyjemny spacer. Pogoda jednak się psuła. Zaczynało coraz mocniej wiać i padać, mgła jak mleko, widoczność żadna. W połowie trasy weszliśmy na niebieski szlak, który jest ponoć piękny, niestety pierwszego dnia widziałam jedynie białą ścianę chmur. Dotarliśmy wreszcie nad Mały Staw i prędko do Samotni, na chwilę się ogrzać i coś zjeść.

Rozpadało się na dobre. Życie uratowała mi wielka, nieporęczna, paskudna peleryna. Mimo całej jej paskudowatości była to wtedy najcudowniejsza peleryna na świecie i za nic miałam fakt, że wyglądam w niej jak córka rybaka w kitlu lekarskim. Ruszyliśmy dalej, do Strzechy Akademickiej, gdzie ostały się wolne miejsca i można było zarezerwować nocleg. To ledwie 15 minut drogi od Samotni. A jednak w trakcie tego kwadransa zdążyliśmy tak zmoknąć, że z rękawiczek ściekały dwa potoki, a szalik pod naporem wody przybrał na wadze. Nadal się nie poddawaliśmy i chcieliśmy wejść na sam szczyt. Zostawiliśmy niepotrzebne rzeczy w schronisku i niewiele myśląc ruszyliśmy dalej w deszcz. Tu niespodzianka: do deszczu doszła gratis wichura. I to taka, że zwiewało nas z drogi, chociaż szlak na Śnieżkę nie jest bardzo trudny, a mimo to szliśmy dwa razy wolniej. Cóż, trzeba było odpuścić. Jeśli chodzenie po górach ma być przyjemnością, to sobotnia wędrówka do przyjemnych nie należała. Po przejściu 300 metrów zawróciliśmy do Strzechy, gdzie można było wysuszyć ubranie.

Podejście numer dwa planowaliśmy na niedzielę. Poranek był piękny. Budzisz się w górach, widzisz niemalże cały Karpacz, urokliwe Karkonosze, chce się żyć dwa razy mocniej! Brak mgły pozwolił podziwiać widoki, które ominęły mnie dzień wcześniej. Marcin poszedł biegać, ja się ogarnęłam, potem szybkie śniadanie.

I niespodzianka, jesteśmy w górach, tu nigdy nic nie jest pewne;) zaczęło znów lać. Gorzej, niż w sobotę. Oberwanie chmury takie, że nie masz ochoty wyściubiać nosa spod kołdry. I gdyby był to tylko deszcz, to może dalibyśmy radę. Ale deszcz plus jedna wielka zawierucha - niekoniecznie. Lekko nie było. Posiedzieliśmy chwilę przy grzanym winie i zdecydowaliśmy się zejść do Karpacza. Zeszliśmy wpierw do Samotni i nad Mały Staw, gdzie jeszcze bardzo mocno wiało. Im niżej, tym pogoda się uspokajała. Dotarliśmy do Wang i było już w zasadzie sucho. Mieliśmy jeszcze parę godzin do odjazdu autobusu do Wrocławia, więc zatrzymaliśmy się w jakiejś knajpce, żeby trochę wyschnąć. Na próżno, bo chwilę potem ulewa przyszła i nad Karpacz;)

Czy udało mi się uciec od problemów? Chyba tak, przynajmniej na chwilę. Czułam się źle wracając do Wrocławia. Chciałabym w tej Samotni jeszcze chwilę zostać.