Do tego wpisu zainspirowała mnie Agnieszka. Bo choć zbrzydły mi już wszystkie podsumowania, to jednak uważam, że rozłożenie na części pierwsze minionego roku w moim życiu dowodzi, że nie był tenże rok taki zły, jak go malowałam wcześniej. Mimo wielu smutków, stresu i nerwów, było równie dużo cudownych chwil. I, jak napisała Agnieszka, te właśnie
dobre chwile chcę zapamiętać. Choćby po to, by wrócić do tego wpisu i szybko sobie o nich przypomnieć, w momencie, gdy akurat będę coś niepotrzebnie rozpamiętywać.
Bywało lepiej i gorzej, były osoby, z którymi musiałam zakończyć znajomość, ale za to pojawiło się mnóstwo innych, życzliwych ludzi. Nie było porządnych wakacji, ale za to miałam kilka krótszych wyjazdów. Mój 2011 rok w dwunastu obrazkach, po jednym na każdy miesiąc.
Styczeń przywalił na dzień dobry z grubej rury, bo każde, nawet najmniejsze wydarzenie z tego miesiąca miało jakiś wpływ na to, co działo się później. Jest w tym jednak duży plus: jestem zdecydowanie bardziej odporna na niesprzyjające mi czynniki, przede wszystkim te zawodowe. Poza tym schudłam 6kg :D W styczniu nie robiłam wielu zdjęć. Dopadł mnie sen zimowy, jednak pamiętam spacer po Pergoli z Pauliną. I niemalże już tradycyjną, wspólną pizzę na Biskupinie.
Luty to z kolei odkrywanie fotograficznych możliwości ajfona. To także moje urodziny wraz z szeregiem imprez u drugiej Pauliny, kiedy to pierwszy i ostatni raz w życiu zapaliłam zioło i nic nie pamiętałam. Może to nawet lepiej.
Marzec to miesiąc decyzji. Również podejmowanych przez innych, ale nie bez wpływu na moje życie. W marcu postanowiłam wyprowadzić się od mamy i zamieszkać u Pauliny (nigdy nie zapomnę sterty ciuchów na podłodze i bezradności "co z tym do cholery zrobić", doprawdy, przeprowadzki są straszne). Był to też miesiąc, który dałam sobie na przeczekanie, bo od kwietnia wszystko się miało zmienić.
I się zmieniło... Kwiecień to chyba właściwy początek mojego 2011 roku. Zmieniło się wszystko, zaczynając ode mnie. Nie piszę wielu szczegółów, bo chyba też nie o to chodzi. W każdym razie poznałam wielu ludzi, ciekawych i inspirujących. Uświadomiłam sobie, nie kryjąc przy tym lekkiej nuty egoizmu, że jestem jednak fajną babką ;) Poza tym zobaczyłam Wrocław z lotu ptaka, a także odwiedziłam Warszawę, by uwiecznić manifestacje i zamieszki pod Pałacem Prezydenckim.
Maj wspominam bardzo miło. Bo jak maj, to przede wszystkim majówka. I to nie w byle jakim miejscu, tylko w Nowej Wsi niedaleko Międzygórza. Piękne okolice to jedno, ale najważniejsi byli ludzie. To zdecydowanie chyba najlepsza wycieczka ubiegłego roku, na której poznałam między innymi dziewczyny z Poznania. Odwiedziłam je już tydzień później i jadłam u nich pyszne ciasto. I Poznań jest fajny! W maju miałam również okazję zobaczyć Złoty Stok i wziąć udział w małym survivalu w kopalni.
Czerwiec to chwilowy zastój w robieniu zdjęć - brak natchnienia i chęć odsapnięcia. Przeczytałam jedną z notek na blogu z tamtego okresu i się uśmiechnęłam: "Idę ulicą i się uśmiecham :) mam mnóstwo energii. Spotykam na swojej drodze tak świetnych ludzi, że zamulanie w czterech ścianach byłoby grzechem.". I to chyba najlepiej oddaje mój ówczesny stan :)
Lipiec to celebrowanie Wrocławia latem. Pływałam po Odrze rowerkiem wodnym, razem z Darią chadzałyśmy do Muffiniarni, wsłuchiwałam się w Apocalyptikę na Pergoli. I pierwszy raz założyłam moją kolorową sukienkę, którą zmiotłam połowę wrocławskich chodników.
Sierpień to prawdziwa gonitwa. W ciągu jednego dnia zdecydowałam, że jedziemy z Darią i Adamem nad morze na weekend. Skompresowałam swoje wakacje w dwa intensywne dni przechodzone w kiczowatych różowych japonkach, opaliłam się na skwarka, spróbowałam niebieskiej, ohydnej gumy z automatu dla dzieci i wróciłam przeszczęśliwa. Później wyjazd do Warszawy, kilka miłych dni i niedługi wypad nad Zegrze. Sierpień to także jedna z pierwszych poważniejszych sesji fotograficznych i podjęcie decyzji, że chcę spróbować dostać się do szkoły fotograficznej.

I we wrześniu się do niej dostałam ;) Co uważam chyba za najlepszą rzecz, jaka mnie spotkała w 2011 roku. Przede wszystkim dlatego, że zupełnie zmieniła moje podejście do fotografii (na lepsze), zmotywowała do bardzo intensywnej nauki, szukania różnych sposobów, pomysłów, kreatywności. I upewniła mnie, że aparat fotograficzny mam przyrośnięty do ręki i nie powinnam go sobie odcinać, a megabajty zdjęć powinny płynąć dożylnie. Bo nawet jeśli mi coś nie wychodzi, to i tak sprawia mi ogromną radość, a to jest chyba najważniejsze.

Październik to mieszanka dobrych i złych emocji. Dobrych, bo znów odwiedziłam Poznań, tym razem służbowo (choć after party pokonferencyjne świadczy jednak, że niekoniecznie tylko służbowo). Znów poznałam inspirujących ludzi. I, przez chwilę, byłam niemalże spakowana i wyprowadzona ponownie do Warszawy. Plany zmieniają się jednak z minuty na minutę i jak widać wciąż urzęduję w ukochanym Wrocławiu. O złych emocjach też chcę wspomnieć. A dokładnie o jednej. W październiku pożegnałam niestety mojego ukochanego zwierzaka...

Listopad to kolejne wyjazdy, ponownie na Dolnym Śląsku. Pierwszy do Przesieki na plener fotograficzny, drugi do Zieleńca. W górach śniegu brak. Za to po powrocie z Przesieki zupełnie zbzikowałam na punkcie zdjęć. Do tego stopnia, że jak codziennie nie obejrzę choćby jednej, małej galerii w sieci, to jest mi źle, nie mówiąc o własnym pstrykaniu. Drugi sukces: zaprzyjaźniłam się z fotografią analogową. Poza tym znów Warszawa i chyba mój najlepszy pobyt w stolicy jak dotąd ;)
Grudzień, wiadomo, pamiętam najlepiej. Dwa "nowe" aparaty zawitały do mojej fotograficznej torby: analogowy Canon i stary Zenit (czy dobry, to się okaże jak w końcu uda mi się kupić baterie). Poza tym grudzień to znów wyjazd, tym razem do Chorzowa na sesję zdjęciową, eksperymenty z aparatem podczas zasłużonego urlopu, wizyta w Imparcie na "Leningradzie", na który idę drugi raz w styczniu. Mnóstwo zdjęć i pierwsza wywołana klisza. A nowy rok przywitany wielką butelką Martini.
I oby 2012 był równie udany.