Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grafomania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grafomania. Pokaż wszystkie posty

12 marca 2014

To tylko kino, do cholery



Chodzę raz w tygodniu do kina. Mam za darmo, to korzystam, póki mogę. Rozmawiam więc z kumplem o tym, kto jaki film ostatnio widział i recenzujemy sobie przy bagietce hity i kity ostatnich miesięcy. Kumpel pyta, czy widziałam film taki i taki. Mówię, zupełnie szczerze, że nie, nawet o nim nie słyszałam. Widząc zdziwienie i niedowierzanie na znajomej twarzy, pytam: no co?

- To przepraszam, do jakiego kina ty chodzisz?
- Do Multikina.
- Dżizaz, w życiu. Z kin to tylko Horyzonty lub DCF.

A ja się pytam, czemu chodzenie do Multikina jest złe? Bo popcorn? Bo nie ma fancy wystroju, tylko bar z colą i różowe światełka?

Okej, w Horyzontach jest ładnie. W DCF-ie też. Ale na litość boską, nie wpadajmy w paranoję - ostatecznie sala kinowa wszędzie wygląda podobnie. Ja wiem, że repertuar się różni, jest kino ambitniejsze i to mniej ambitne, ale jeśli się przyjrzeć repertuarom w trzech wyżej wymienionych kinach, to okaże się, że różnica w ofercie nie jest bardzo duża, szczególnie w okresie oscarowym.
Poza tym to, że w NH czy DCF nie sprzedają popcornu wcale nie znaczy, że ludzie na salę wchodzą kulturalnie gęsiego, mówiąc kulturalne dzień dobry każdemu, zasiadając sztywno w fotelu i zastygając w bezruchu na cały film, byle garnitur się nie pogniótł i by współoglądający odczuwali komfort w trakcie seansu. Nie. Na sali nadal zdarza się słychać szepty i śmiechy, czasem komuś zadzwoni telefon, a to, że ktoś cichaczem wyjmie z torby batonika czy colę, nie jest wcale czymś rzadkim. To nadal jest tylko kino, nadal dla zwykłych ludzi, którzy często nic sobie nie robią z zakazu jedzenia na sali.

Tanie poniedziałki są fajne, tanie środy również. Gdy odwiedzisz wrocławskie niszowe kina w ten dzień, napotkasz ścianę ludzi. No cóż – nie każdy może chodzić na seanse przed południem.

Wiecie, za co lubię Multikino? Że, podobnie jak galerie handlowe, w ciągu tygodnia zazwyczaj świeci pustkami. Chodząc do kina w poniedziałki i wtorki mam seans niemalże na wyłączność. Bo raz, że na te ambitniejsze filmy do Multikina tłumy ludzi nie chodzą (na Co jest grane Davis siedziały trzy osoby), a dwa: to nie jest kino, które nastawia się na dziki zysk w tygodniu. Tu największe żniwa są w weekendy, gdy kino okupują rodziny z dziećmi po tradycyjnym, sobotnim shoppingu i grupy przyjaciółek – również po tradycyjnym sobotnim shoppingu. A ja nie potrafię powiedzieć, kiedy ostatnio byłam w kinie w weekend.

I zupełnie mi to nie przeszkadza. Żeby obejrzeć film nie potrzebuję mieć alternatywnego wystroju wnętrza. Nie robi mi różnicy, czy po wyjściu z sali wita mnie różowy neon i jednorożce, czy huśtawka i ściana z oldschoolowymi plakatami. To miły dodatek, ale nie jest mi niezbędny, by cieszyć się kinem. Dlatego nie rozumiem, czemu tyle osób idzie w zaparte, że jak kino, to wyłącznie niszowe, podczas gdy do Horyzontów chodzą nie na przegląd współczesnego kina holenderskiego, tylko na Nimfomankę i Jacka Stronga.

Uściślając - nie mam nic do Nowych Horyzontów czy DCF-u. To naprawdę fajne miejsca i też bardzo lubię tam chodzić. Ale tak samo lubię być w Multikinie. Jeśli oglądam beznadziejny film, to nie stanie się on nagle mniej beznadziejny tylko dlatego, że akurat siedzę w fotelu w Horyzontach.

Teraz ciekawostka. Kiedyś miałam do oddania "na już" bilety na dowolny seans, właśnie do Multikina. Zaproponowałam je znajomemu, bo wiedziałam, że ma nową dziewczynę i może się skusi. Jednak zamiast zwykłej odmowy, usłyszałam pełne odrazy "zwariowałaś?!". No cóż, drodzy kinowi obrońcy jedynych słusznych miejsc w których można oglądać filmy, zadajcie sobie to samo pytanie.

Na koniec: Nimfomanka mi się nie podobała, Jack Strong wręcz przeciwnie. Ale po cichu kocham się w Dorocińskim, więc mogę być nieobiektywna. Uwielbiłam też dwie, bardzo kontrastowe role Amy Adams – w Her oraz w American Hustle, przy czym ta druga urzekła mnie dużo bardziej, choć sam film już niekoniecznie. W Her z kolei pokochałam zdjęcia, scenografię i głos Scarlett Johansson. Ponadto zapisałam się również do klubu pocieszycieli Leonardo DiCaprio, bo uważam, że jako wilk wciąga kokę w prawdziwie oscarowym stylu. Moje największe rozczarowanie to Sierpień w hrabstwie Osage, które ratuje tylko Julia Roberts (wybacz, Meryl). Raz popełniłam grzech ciężki i wybrałam się na polską komedię romantyczną, bo nie grał w niej Adamczyk. Ale przysięgam, nie zrobię tego więcej.

Powyższy kadr pochodzi z filmu Co jest grane Davis. Myślę o tym filmie od wczoraj i nadal nie wiem, czy mi się podobał, czy nie. W tej scenie Davis zostawił w aucie swojego kota, który zdążył skraść moje serducho, i na tym kończy się wątek puszystego przyjaciela. Trochę szkoda.

19 lipca 2013

Krótka historia po meczu





Historia jest dość ciekawa. Zacznijmy od tego, że to mój pierwszy mecz piłki nożnej, na jakim kiedykolwiek byłam. Serio - nigdy nie pasjonowałam się rozgrywkami kilkunastu facetów biegających za piłką. Atmosferę związaną z dużymi wydarzeniami sportowymi uwielbiam, ale żeby tak sama z siebie śledzić poczynania wrocławskiej drużyny, to niekoniecznie. Wczoraj więc był pierwszy raz na meczu, na dzień dobry jako fotograf. Spanikowałam, przyznaję, ale chyba nie wyszło źle. W końcu po kilku minutach udawało mi się już nadążyć za piłką i szczęśliwie ani razu nie oberwałam i mój (a właściwie Wojtka) obiektyw też zszedł z murawy cało. Przyznam, że nawet mi się podobało i pewnie nie był to ostatni raz.

Ale nigdy, przenigdy nie chcę już wracać z kibolami w jednym, nocnym autobusie. Być rudą dziewczyną wśród czterdziestu facetów? No problem. Ale przysiada się do mnie chłopak, na bicu wielki tatuaż "thug live", rozpoczyna rozmowę: "widziałem cię z trybun, robisz zdjęcia, szłem do tego samego autobanu". W myślach przygotowuję już sobie rysopis sprawcy, który miałabym podać podczas ewentualnych zeznań. Jedziemy dalej - mój rozmówca przechodzi na tematy związane z rozwojem zawodowym. "Fajna dziewczyna to fajna praca, ale jesteś z gazety, czy z policji?!". Ani jedno, ani drugie, więc słyszę: "spoko, moja robota też jest fajna, w sumie, przy przewozie zwłok pracuję, he he". 

Przypominam sobie podstawowe chwyty z samoobrony, napinam mięśnie i rozpisuję w myślach strategię ciosów. W tym czasie mój rozmówca chwali się swoim oczytaniem - czytał "Samotność w sieci" kilka razy, poza tym interesuje się włoską mafią, nie ma w domu odkurzacza, a jego rodzice są zawiedzeni tym, na kogo wyrósł. Po tym monologu mogę wreszcie wysiąść i przesiąść się na ostatni dzienny tramwaj do domu.

Ale to nie koniec historii.

Okazuje się, niestety dopiero na pętli, że mój rozmówca i jego pięciu kumpli z lekkim zanikiem szyi jadą tym samym tramwajem i wysiadają na tym samym przystanku. Wysiadamy więc razem, a wesoła gromadka zagradza mi drogę. I tu następuje moment, w którym żałuję (a może nie?), że mój instynkt samozachowawczy trochę kuleje. Zamiast zrobić unik i w długą, słyszę we własnych ustach bluzg pomieszany z wściekłością i poirytowaniem. No bo bez jaj - jest późno, chcę do domu. Panowie zdziwieni, a mnie moje własne nogi prowadzą ku ucieczce. 

Być może nic mi nie chcieli zrobić. Być może po prostu chcieli pogadać, nie wiem, o literaturze na przykład, a mnie zupełnie bez sensu napędzał strach. Bez sensu ;)

04 stycznia 2013

Rachunek nieistniejącego sumienia, czyli mój "2012" na zdjęciach

Będzie osobiście, emocjonalnie, cholernie długo i trochę patetycznie.

Poprzednie podsumowanie mojego roku skłoniło mnie do działań, o które bym się nie podejrzewała. Pierwszy raz udało mi się dotrzymać postanowienia noworocznego, i to do samego końca, w takim stopniu, że cały czas żałuję i nie dowierzam, że 2012 rok się już skończył, mając jednocześnie świadomość, że nowy będzie przynajmniej tak samo dobry, choć rozpoczął się nieokiełznanym chaosem.

A postanowienie było krótkie i treściwe: każdego miesiąca zrobić przynajmniej jedną rzecz, którą z ogromną przyjemnością i podekscytowaniem mogłabym wspominać. Niby banał, ale naprawdę, planując (albo i nie planując) wydarzenia, miałam to postanowienie z tyłu głowy i zawsze zastanawiałam się, w jaki sposób będę je wspominać. Priorytetem były wyjazdy, ale nie tylko, bo - jak się okazało - spotkało mnie w tym roku tyle wspaniałych rzeczy, że grzechem byłoby pisać tylko o zwiedzaniu i poznawaniu. Dla mnie to niesamowite, że na koniec roku mogę usiąść na podłodze w pokoju ze szklanką wina i powiedzieć sama do siebie z czystym sumieniem, że to był dobry rok, który mógłby się nie kończyć. Pierwszy raz mam taką sytuację, że jestem zadowolona absolutnie ze wszystkiego, mam właściwie same dobre wspomnienia, samych świetnych ludzi wokół siebie i chyba - mimo wszystko - masę szczęścia w życiu. Nawet, jeśli przypłacam to czasem przemęczeniem i krótkim snem.

Rozłożenie swojego roku na części pierwsze to również wspaniałe doświadczenie pokazujące, co było dla mnie ważne, na czym się skupiałam i czy chciałabym to kontynuować. Chyba chciałabym. Dobrze mi ze swoim życiem ;)

Mój 2012 rok w obrazkach.

Styczeń to dla mnie zawsze najbardziej kruchy miesiąc, jakiś taki ogólny czas przemyśleń i robienia niczego. I tak też było, choć muszę oczywiście wspomnieć, że to właśnie w styczniu, mniej więcej w połowie miesiąca stwierdziłam, że mój 2012 rok będzie wart zapamiętania. Do dziś pamiętam tę euforię małego odkrywcy, że postanowienie noworoczne nie musi brzmieć "będę chodzić na fitness", tylko faktycznie być realne do zrealizowania. To dla mnie mały przełom, choć nie wiążący się z żadnym konkretnym wydarzeniem.

Luty - miesiąc wspaniały z dwóch powodów. Po pierwsze w bardzo huczny sposób świętowałam 24 urodziny. Zawsze mi się wydawało, że słaba jestem w organizacji imprez, ale jak się okazało, nie organizacja gra w tym względzie pierwsze skrzypce. Na pierwszym planie są ludzie, a ci byli świetni i chyba nie skłamię, jeśli powiem, że niektórzy do dziś wspominają tę imprezę ;) ja też wspominam! Druga kwestia - nowy aparat. Zbierałam, zbierałam, aż w końcu rozbiłam świnkę skarbonkę i w 15 minut pozbyłam się ponad rocznych oszczędności. Nowy Canonie, witaj w domu. To była miłość od pierwszego wejrzenia i od tamtej pory praktycznie się nie rozstajemy, a przebieg migawki chyba osiągnął już niejeden punkt kulminacyjny.

Marzec był dla mnie bardzo intensywnym miesiącem. To dwie świetne podróże. Pierwsza do Szwecji, choć to bardzo skrócony obraz. Najpierw wsiadłam do samochodu do Warszawy, żeby z zespołem Janka odwiedzić studio nagrań, z Warszawy na lotnisko i stamtąd do Malmö. W Malmö spędzony jeden mroźny dzień, noc na lotnisku, rozwalenie miejscowego prądu i powrót do Gdańska. Pół mroźnego dnia nad morzem i cała noc w pociągu do Wrocławia, a z samego rana prosto do pracy. Niby nic szczególnego, ale... na cztery wyjazdowe dni zapakowałam się w jedną, zwykłą (acz dużą) damską torebkę, w której oprócz ciuchów na zmianę i paru kosmetyków zmieściłam jeszcze butelkę wina i wiśniówkę. Prawie nie spałam. A to był dopiero początek, bo dwa tygodnie później siedziałam już w pociągu do Częstochowy, skąd sunęłam prostą drogą na lotnisko w Pyrzowicach. Trzy godziny w samolocie i... z pełną świadomością mogłam zakochać się w Barcelonie. Zakochać na tyle, że planuję tam wrócić, być może równo rok po, czyli w marcu 2013.

Kwiecień to ponowny wyjazd nad polskie morze, tym razem do Kołobrzegu, gdzie spędziłam Wielkanoc i gdzie wymarzłam jak nigdy dotąd, naprawdę nie polecam wiosennych wypadów na tę wyspę zimna, gdzie pizga złem i śniegiem na wszystkie strony. Ale i tak było bardzo miło spędzony czas i mogę chyba śmiało powiedzieć, że dawno tak nie wypoczęłam, jak wtedy. Euforia i endorfiny przepełniały mnie wtedy do reszty, a wiosna to moja ulubiona pora roku, więc naprawdę, nie mogło być piękniej. We Wrocławiu z kolei odkryłam zakątki starej zajezdni, zwanej cmentarzem tramwajów, podczas kręcenia teledysku Janka, i tradycyjnie już wybrałam się na Leningrad przed dłuższą przerwą w uzależnieniu od tego spektaklu.

Maj obfitował w kolejne wyjazdy. Ale zanim o wyjazdach. Majówka była dla mnie intensywnym czasem, której wspomnienie zaczyna się wielką imprezą (Issh wypomniał mi w ubiegłym roku, że moje wspomnienia to pasmo imprezowania, coś w tym chyba jest), imprezą z niemałym blackoutem, a wspominam o niej tylko dlatego, że ten cały kac przyczynił się do poważnych rozmyślań nad tym, co ja właściwie chcę dalej w życiu robić. Serio, warto czasem wracać do domu o 7:30 rano i zrywać sąsiadom kwiaty bzu z ogródka - pomaga w poznawaniu sensu życia ;) a wyjazdy? Cudna majówka nad jeziorem w Niesulicach, która została zaplanowana dosłownie dzień przed. Świat znów okazał się mały, ale bardzo przyjazny. Maj to również warszawski lans konferencyjny, gdzie mogłam sobie zrobić zdjęcie z Brucem Dickinsonem z Iron Maiden (tak! muszę o tym wspomnieć!), a dwa dni później wylot do Mediolanu. Zjedliśmy włoską pizzę, zobaczyliśmy stadion San Siro. Kolejny nocleg na lotnisku, poranny powrót do Waw i dalej pociąg do Wro. Mało było w tym roku miesięcy, w których byłabym AŻ TAK niewyspana. A! I w maju zrobiłam się na rudo.

Czerwiec był spokojniejszy, chociaż w kontekście Euro 2012 to chyba złe słowo. Podchodziłam do Euro bardzo sceptycznie, ale szybko zweryfikowałam swoje podejście, gdy zobaczyłam tłumy Czechów na ulicach Wrocławia. Nigdy chyba nie było bardziej pozytywnego wydarzenia, które nawet takiego laika jak ja zmobilizowałoby do kupna koszulki z napisem "Polska" i darcia się pod telebimem w Strefie Kibica. Oficjalnie robiłam tylko zdjęcia ;) W czerwcu odwiedzili mnie Rafik z Qulkiem, biegałam z aparatem po ulicach Wrocławia ciesząc się jak dziecko, że mieszkam w tak fajnym mieście. A między tym całym szaleństwem skończyłam pierwszy rok szkoły, walcząc z wydrukami i odbitkami dzień przed rocznym przeglądem, jak zawsze na wariackich papierach.

Lipiec to kolejne pasmo wyjazdów, tym razem w Polsce. Zanim jednak wsiadłam w środek lokomocji, wybawiłam się na genialnym i trochę wzruszającym koncercie Queen na wrocławskim stadionie. Od tamtej pory częściej bywam na koncertach. Wcześniej odwiedziłam na jeden dzień Łukasza na Górnym Śląsku, który pokazał mi najpiękniejsze miejsca Gliwic, Zabrza, Bytomia i Katowic. Wizja Śląska, obitego betonem i ciężkim powietrzem odeszła w niepamięć. Następnie off-road i zwiedzanie poniemieckich podziemi przy Walimiu - świetna przygoda w Górach Sowich połączana z genialną imprezą przy ognisku, którą zakończyłam grzecznie przed godziną 23 ;) A później Slot Art Festiwal, który przyniósł mi mnóstwo energii i zapału, również do ćwiczenia kuglarstwa (trochę, tylko trochę, ale zawsze coś). Na Slocie mnóstwo koncertów, wspaniałej pogody, cudownego festiwalowego błota, kurzu i niewyspania, a także ludzi, których absolutnie nie da się spotkać w żadnym innym miejscu. Już tęsknię.

Sierpień był miesiącem wzruszenia, bo na ślubnym kobiercu stanęła Paulina. Nie spodziewałam się, że mam w sobie takie pokłady emocji ;) a jednak, górska sceneria i zamek w Międzylesiu zrobiły swoje. Sierpień to również koncert Scorpions, na którym bliska byłam oświadczyn Schenkerowi, chociaż w sumie nigdy nie byłam zagorzałą fanką. To również warsztaty fotograficzne z Tomaszewskim na wrocławskim Trójkącie Bermudzkim, które w pewien sposób otworzyły mi na nowo oczy na fotografię.

Wrzesień - powrót do Międzylesia, Międzygórza i Bystrzycy Kłodzkiej, której brzydotę na swój sposób uwielbiam. To pasmo niespodziewanych wrażeń tylko jednego wieczoru, opowieści o duchach, mrocznej mgle i ogniu. A dnia kolejnego plener ślubny Pauliny. Nieco ponad tydzień później - wylot do Paryża, czyli posezonowy powrót do tanich lotów i spontanicznego podróżowania. "From Paris with love", chociaż miasto to nie przykuło aż tak mojej uwagi. A trzy dni po powrocie z Paryża - znów wyjazd do Kotliny Kłodzkiej, coś góry w tym roku nie dawały mi spokoju. Tym razem wieczór panieński Kasi, bo moje dwie paskudy stanęły przed ołtarzem w tym roku. Po powrocie wybrałam się na spektakl Ad Spectatores - "9 rekonstrukcja", który stał się moim uzależnieniem prawie na równi z Leningradem. A tydzień później huczne wesele :)

Październik to rozpoczęcie kolejnego semestru w szkole, ale nie tylko. W pewien sposób rozbudziła się moja miłość do teatru i ten miesiąc spędziłam w większości na wydarzeniach festiwalu teatralnego. Wzięłam udział w pierwszym flashmobie w swoim życiu, robiłam mnóstwo zdjęć, pierwszy raz miałam okazję uczestniczyć w próbie przed spektaklem, rozmawiać z reżyserem. Dla mnie, laika w tym temacie, to naprawdę świetne doświadczenie. I polubiłam teatr na tyle, że zapisałam się na zajęcia do akademii teatralnej. Niestety, brak czasu... Musiałam zrezygnować. Październik to również miesiąc sporych zmian w moim życiu zawodowym. Podczas imprezy integracyjnej w Money w 2011 roku obiecałam sobie, że na kolejnej już mnie nie będzie. Słowa dotrzymałam i pod koniec października złożyłam wypowiedzenie, a tydzień później siedziałam już w nowym biurze. Uwielbiam ludzi z redakcji, są wspaniali, wspominać ich będę cholernie miło. Imprezę pożegnalną również :) Jednocześnie byłam naprawdę w pełni gotowa na przeprowadzkę - brałam udział w rekrutacji do pracy w Barcelonie. Nie wyszło, ale doświadczenie z testów i rozmów to mimo wszystko kolejny level w zawodowym życiu. Przy tym całym zamieszaniu znalazłam też czas i chęci na to, by pojawić się po raz pierwszy na wrocławskim spotkaniu Geek Girls Carrots, od razu z prezentacją - pierwszą w moim krótkim życiu, i nie żałuję, bo rzadko się zdarza, by tyle fajnych babek przebywało w jednym miejscu, w jednym czasie. Wyjazdowo tylko Warszawa (Sztokholm i Budapeszt niestety nie wypaliły), ale za to z takimi zwrotami akcji... że już nic więcej nie napiszę, bo październik i tak jest już najdłuższy w całym podsumowaniu.

Listopad był miesiącem wdrażania się w nową pracę na starych, Lamowych śmieciach. Z tej dość krótkiej, mimo wszystko, perspektywy czasu myślę sobie, że to ciekawe doświadczenie, bo robię rzeczy całkowicie różne od tego, czym zajmowałam się w Lamie sześć lat temu (cholera, sześć!!!). Ale żeby nie było, że przynudzam tylko o pracy... W listopadzie odwiedziłyśmy Pragę - jednodniowa, intensywna wycieczka, po której nie czułam nóg i rozłożyło mnie zapalenie gardła. Dobrze było, znaczy się, a grzane wino w termosie to mój obecny must have na każdą zimę. Listopad to również kolejne koncerty, zdjęcia, dużo zdjęć, kolejny szkolny plener fotograficzny w Przesiece (znów góry!) i mnóstwo inspiracji.

Grudzień, wiadomo, pamiętam najlepiej. To miesiąc, w którym porządkuję sobie swój wspomnieniowy bajzel i zastanawiam się, co dalej. A dokładniej - gdzie by tu wyjechać w kolejnym roku, co zrobić, gdzie się pojawić. Grudzień to taki specyficzny czas, kiedy zawsze brakuje gotówki na koncie, ale i tak, mimo wszystko, da się coś skombinować. I taką właśnie metodą, kombinatorstwa w sensie, odwiedziłam Drezno. Wyjazd specjalnie na jarmark, by pławić się w świątecznej, zimowo-kiczowatej atmosferze, z czekoladą z rumem i Last Christmas po niemiecku. A rok skończyłam w Kotlinie Kłodzkiej, w wiosce leżącej pośrodku niczego, bez zasięgu, nastawiona na reset i dobre towarzystwo.



I tak siedzę z tym winem na podłodze przy laptopie, jest 2:30 w nocy i myślę sobie, że może czasem mam więcej szczęścia niż rozumu, czasem brakuje mi jednego i drugiego, ale dzieciak jeszcze jestem, chcę robić głupie rzeczy, które za rok znów będę mogła w tym miejscu podsumować.

Powodzenia sobie i Wam :)

05 stycznia 2012

12 zdjęć, mnóstwo wspomnień. Moje podsumowanie

Do tego wpisu zainspirowała mnie Agnieszka. Bo choć zbrzydły mi już wszystkie podsumowania, to jednak uważam, że rozłożenie na części pierwsze minionego roku w moim życiu dowodzi, że nie był tenże rok taki zły, jak go malowałam wcześniej. Mimo wielu smutków, stresu i nerwów, było równie dużo cudownych chwil. I, jak napisała Agnieszka, te właśnie dobre chwile chcę zapamiętać. Choćby po to, by wrócić do tego wpisu i szybko sobie o nich przypomnieć, w momencie, gdy akurat będę coś niepotrzebnie rozpamiętywać.

Bywało lepiej i gorzej, były osoby, z którymi musiałam zakończyć znajomość, ale za to pojawiło się mnóstwo innych, życzliwych ludzi. Nie było porządnych wakacji, ale za to miałam kilka krótszych wyjazdów. Mój 2011 rok w dwunastu obrazkach, po jednym na każdy miesiąc.

Styczeń przywalił na dzień dobry z grubej rury, bo każde, nawet najmniejsze wydarzenie z tego miesiąca miało jakiś wpływ na to, co działo się później. Jest w tym jednak duży plus: jestem zdecydowanie bardziej odporna na niesprzyjające mi czynniki, przede wszystkim te zawodowe. Poza tym schudłam 6kg :D W styczniu nie robiłam wielu zdjęć. Dopadł mnie sen zimowy, jednak pamiętam spacer po Pergoli z Pauliną. I niemalże już tradycyjną, wspólną pizzę na Biskupinie.


Luty to z kolei odkrywanie fotograficznych możliwości ajfona. To także moje urodziny wraz z szeregiem imprez u drugiej Pauliny, kiedy to pierwszy i ostatni raz w życiu zapaliłam zioło i nic nie pamiętałam. Może to nawet lepiej.


Marzec to miesiąc decyzji. Również podejmowanych przez innych, ale nie bez wpływu na moje życie. W marcu postanowiłam wyprowadzić się od mamy i zamieszkać u Pauliny (nigdy nie zapomnę sterty ciuchów na podłodze i bezradności "co z tym do cholery zrobić", doprawdy, przeprowadzki są straszne).  Był to też miesiąc, który dałam sobie na przeczekanie, bo od kwietnia wszystko się miało zmienić.



I się zmieniło... Kwiecień to chyba właściwy początek mojego 2011 roku. Zmieniło się wszystko, zaczynając ode mnie. Nie piszę wielu szczegółów, bo chyba też nie o to chodzi. W każdym razie poznałam wielu ludzi, ciekawych i inspirujących. Uświadomiłam sobie, nie kryjąc przy tym lekkiej nuty egoizmu, że jestem jednak fajną babką ;) Poza tym zobaczyłam Wrocław z lotu ptaka, a także odwiedziłam Warszawę, by uwiecznić manifestacje i zamieszki pod Pałacem Prezydenckim.


Maj wspominam bardzo miło. Bo jak maj, to przede wszystkim majówka. I to nie w byle jakim miejscu, tylko w Nowej Wsi niedaleko Międzygórza. Piękne okolice to jedno, ale najważniejsi byli ludzie. To zdecydowanie chyba najlepsza wycieczka ubiegłego roku, na której poznałam między innymi dziewczyny z Poznania. Odwiedziłam je już tydzień później i jadłam u nich pyszne ciasto. I Poznań jest fajny! W maju miałam również okazję zobaczyć Złoty Stok i wziąć udział w małym survivalu w kopalni.


Czerwiec to chwilowy zastój w robieniu zdjęć - brak natchnienia i chęć odsapnięcia. Przeczytałam jedną z notek na blogu z tamtego okresu i się uśmiechnęłam: "Idę ulicą i się uśmiecham :) mam mnóstwo energii. Spotykam na swojej drodze tak świetnych ludzi, że zamulanie w czterech ścianach byłoby grzechem.". I to chyba najlepiej oddaje mój ówczesny stan :)


Lipiec to celebrowanie Wrocławia latem. Pływałam po Odrze rowerkiem wodnym, razem z Darią chadzałyśmy do Muffiniarni, wsłuchiwałam się w Apocalyptikę na Pergoli. I pierwszy raz założyłam moją kolorową sukienkę, którą zmiotłam połowę wrocławskich chodników.


Sierpień to prawdziwa gonitwa. W ciągu jednego dnia zdecydowałam, że jedziemy z Darią i Adamem nad morze na weekend. Skompresowałam swoje wakacje w dwa intensywne dni przechodzone w kiczowatych różowych japonkach, opaliłam się na skwarka, spróbowałam niebieskiej, ohydnej gumy z automatu dla dzieci i wróciłam przeszczęśliwa. Później wyjazd do Warszawy, kilka miłych dni i niedługi wypad nad Zegrze. Sierpień to także jedna z pierwszych poważniejszych sesji fotograficznych i podjęcie decyzji, że chcę spróbować dostać się do szkoły fotograficznej.


I we wrześniu się do niej dostałam ;) Co uważam chyba za najlepszą rzecz, jaka mnie spotkała w 2011 roku. Przede wszystkim dlatego, że zupełnie zmieniła moje podejście do fotografii (na lepsze), zmotywowała do bardzo intensywnej nauki, szukania różnych sposobów, pomysłów, kreatywności. I upewniła mnie, że aparat fotograficzny mam przyrośnięty do ręki i nie powinnam go sobie odcinać, a megabajty zdjęć powinny płynąć dożylnie. Bo nawet jeśli mi coś nie wychodzi, to i tak sprawia mi ogromną radość, a to jest chyba najważniejsze.


Październik to mieszanka dobrych i złych emocji. Dobrych, bo znów odwiedziłam Poznań, tym razem służbowo (choć after party pokonferencyjne świadczy jednak, że niekoniecznie tylko służbowo). Znów poznałam inspirujących ludzi. I, przez chwilę, byłam niemalże spakowana i wyprowadzona ponownie do Warszawy. Plany zmieniają się jednak z minuty na minutę i jak widać wciąż urzęduję w ukochanym Wrocławiu. O złych emocjach też chcę wspomnieć. A dokładnie o jednej. W październiku pożegnałam niestety mojego ukochanego zwierzaka...


Listopad to kolejne wyjazdy, ponownie na Dolnym Śląsku. Pierwszy do Przesieki na plener fotograficzny, drugi do Zieleńca. W górach śniegu brak. Za to po powrocie z Przesieki zupełnie zbzikowałam na punkcie zdjęć. Do tego stopnia, że jak codziennie nie obejrzę choćby jednej, małej galerii w sieci, to jest mi źle, nie mówiąc o własnym pstrykaniu. Drugi sukces: zaprzyjaźniłam się z fotografią analogową. Poza tym znów Warszawa i chyba mój najlepszy pobyt w stolicy jak dotąd ;)


Grudzień, wiadomo, pamiętam najlepiej. Dwa "nowe" aparaty zawitały do mojej fotograficznej torby: analogowy Canon i stary Zenit (czy dobry, to się okaże jak w końcu uda mi się kupić baterie). Poza tym grudzień to znów wyjazd, tym razem do Chorzowa na sesję zdjęciową, eksperymenty z aparatem podczas zasłużonego urlopu, wizyta w Imparcie na "Leningradzie", na który idę drugi raz w styczniu. Mnóstwo zdjęć i pierwsza wywołana klisza. A nowy rok przywitany wielką butelką Martini.







I oby 2012 był równie udany.