Jestem szczęściarą.
Uszczęśliwiają mnie samoloty, chmury, latanie, ale uszczęśliwia mnie też widok miasta z góry. Tego brzydkiego, ale i pięknego, zielonego i szarego. Nowoczesnego i historycznego. Uwielbiam też niespodzianki, a niespodzianką był lot śmigłowcem. I piątek byłby całkiem zwyczajnym dniem, gdyby nie fakt, że o 11 zwinęłam swoje fotograficzne manatki i wsiadłam do helikoptera.
#kolejnypowódbykochaćpiątki
Lot trwał tylko 20 minut - tyle wystarczy, by okrążyć całe miasto. W tej nieujarzmionej euforii nie bardzo wiedziałam, czy robić zdjęcia, czy siedzieć z nosem przyklejonym do szyby. Ostatecznie udały mi się oba manewry ;) To ten rodzaj radości, kiedy doskonale zdajesz sobie sprawę, że robisz coś pierwszy raz w życiu, minuty pędzą jak szalone, a w głowie pętli się jednocześnie "woooow" i "niech to się nie kończy".
Niestety, musiało się skończyć. Euforia została. Zdjęcia też, dlatego dziś opublikuję ich obrzydliwie dużo.
That's why it feels so fucking good... ;)