28 marca 2014

26 marca 2014

24 marca 2014

Tatry



I nie był to ostatni raz ;)

15 marca 2014

12 marca 2014

To tylko kino, do cholery



Chodzę raz w tygodniu do kina. Mam za darmo, to korzystam, póki mogę. Rozmawiam więc z kumplem o tym, kto jaki film ostatnio widział i recenzujemy sobie przy bagietce hity i kity ostatnich miesięcy. Kumpel pyta, czy widziałam film taki i taki. Mówię, zupełnie szczerze, że nie, nawet o nim nie słyszałam. Widząc zdziwienie i niedowierzanie na znajomej twarzy, pytam: no co?

- To przepraszam, do jakiego kina ty chodzisz?
- Do Multikina.
- Dżizaz, w życiu. Z kin to tylko Horyzonty lub DCF.

A ja się pytam, czemu chodzenie do Multikina jest złe? Bo popcorn? Bo nie ma fancy wystroju, tylko bar z colą i różowe światełka?

Okej, w Horyzontach jest ładnie. W DCF-ie też. Ale na litość boską, nie wpadajmy w paranoję - ostatecznie sala kinowa wszędzie wygląda podobnie. Ja wiem, że repertuar się różni, jest kino ambitniejsze i to mniej ambitne, ale jeśli się przyjrzeć repertuarom w trzech wyżej wymienionych kinach, to okaże się, że różnica w ofercie nie jest bardzo duża, szczególnie w okresie oscarowym.
Poza tym to, że w NH czy DCF nie sprzedają popcornu wcale nie znaczy, że ludzie na salę wchodzą kulturalnie gęsiego, mówiąc kulturalne dzień dobry każdemu, zasiadając sztywno w fotelu i zastygając w bezruchu na cały film, byle garnitur się nie pogniótł i by współoglądający odczuwali komfort w trakcie seansu. Nie. Na sali nadal zdarza się słychać szepty i śmiechy, czasem komuś zadzwoni telefon, a to, że ktoś cichaczem wyjmie z torby batonika czy colę, nie jest wcale czymś rzadkim. To nadal jest tylko kino, nadal dla zwykłych ludzi, którzy często nic sobie nie robią z zakazu jedzenia na sali.

Tanie poniedziałki są fajne, tanie środy również. Gdy odwiedzisz wrocławskie niszowe kina w ten dzień, napotkasz ścianę ludzi. No cóż – nie każdy może chodzić na seanse przed południem.

Wiecie, za co lubię Multikino? Że, podobnie jak galerie handlowe, w ciągu tygodnia zazwyczaj świeci pustkami. Chodząc do kina w poniedziałki i wtorki mam seans niemalże na wyłączność. Bo raz, że na te ambitniejsze filmy do Multikina tłumy ludzi nie chodzą (na Co jest grane Davis siedziały trzy osoby), a dwa: to nie jest kino, które nastawia się na dziki zysk w tygodniu. Tu największe żniwa są w weekendy, gdy kino okupują rodziny z dziećmi po tradycyjnym, sobotnim shoppingu i grupy przyjaciółek – również po tradycyjnym sobotnim shoppingu. A ja nie potrafię powiedzieć, kiedy ostatnio byłam w kinie w weekend.

I zupełnie mi to nie przeszkadza. Żeby obejrzeć film nie potrzebuję mieć alternatywnego wystroju wnętrza. Nie robi mi różnicy, czy po wyjściu z sali wita mnie różowy neon i jednorożce, czy huśtawka i ściana z oldschoolowymi plakatami. To miły dodatek, ale nie jest mi niezbędny, by cieszyć się kinem. Dlatego nie rozumiem, czemu tyle osób idzie w zaparte, że jak kino, to wyłącznie niszowe, podczas gdy do Horyzontów chodzą nie na przegląd współczesnego kina holenderskiego, tylko na Nimfomankę i Jacka Stronga.

Uściślając - nie mam nic do Nowych Horyzontów czy DCF-u. To naprawdę fajne miejsca i też bardzo lubię tam chodzić. Ale tak samo lubię być w Multikinie. Jeśli oglądam beznadziejny film, to nie stanie się on nagle mniej beznadziejny tylko dlatego, że akurat siedzę w fotelu w Horyzontach.

Teraz ciekawostka. Kiedyś miałam do oddania "na już" bilety na dowolny seans, właśnie do Multikina. Zaproponowałam je znajomemu, bo wiedziałam, że ma nową dziewczynę i może się skusi. Jednak zamiast zwykłej odmowy, usłyszałam pełne odrazy "zwariowałaś?!". No cóż, drodzy kinowi obrońcy jedynych słusznych miejsc w których można oglądać filmy, zadajcie sobie to samo pytanie.

Na koniec: Nimfomanka mi się nie podobała, Jack Strong wręcz przeciwnie. Ale po cichu kocham się w Dorocińskim, więc mogę być nieobiektywna. Uwielbiłam też dwie, bardzo kontrastowe role Amy Adams – w Her oraz w American Hustle, przy czym ta druga urzekła mnie dużo bardziej, choć sam film już niekoniecznie. W Her z kolei pokochałam zdjęcia, scenografię i głos Scarlett Johansson. Ponadto zapisałam się również do klubu pocieszycieli Leonardo DiCaprio, bo uważam, że jako wilk wciąga kokę w prawdziwie oscarowym stylu. Moje największe rozczarowanie to Sierpień w hrabstwie Osage, które ratuje tylko Julia Roberts (wybacz, Meryl). Raz popełniłam grzech ciężki i wybrałam się na polską komedię romantyczną, bo nie grał w niej Adamczyk. Ale przysięgam, nie zrobię tego więcej.

Powyższy kadr pochodzi z filmu Co jest grane Davis. Myślę o tym filmie od wczoraj i nadal nie wiem, czy mi się podobał, czy nie. W tej scenie Davis zostawił w aucie swojego kota, który zdążył skraść moje serducho, i na tym kończy się wątek puszystego przyjaciela. Trochę szkoda.

03 marca 2014

02 marca 2014

02032014



Well, I'm glad to say that we've met
But I'm sad to say that the circumstances weren't
On our side