26 września 2012

W piwnicy znaleziono 9 ofiar

Wtorek, wieczór. Przed godziną 21 zjawiam się w pubie pod nasypem kolejowym. Rozglądam się, ale nie zauważam niczego szczególnego. Dopiero barmanka wskazuje mi ostatni stolik w rogu lokalu. Siedzi przy nim już siedem osób, siadam ja i koleżanka. Czekamy. Po 21 ktoś z obsługi przynosi nam na stół herbatę. Nalewamy sobie, niektórzy słodzą, śmiejemy się, że w herbacie może coś być. Może ktoś nas uśpi? Chwilę później do stolika podchodzi mężczyzna. Mówi, żeby za cztery minuty wyjść na zewnątrz. Czeka na nas z kolegą.

Wychodzimy. Dziewięć osób dostaje opaski na oczy. Czarne, szczelne, zupełnie nic nie widać. Z zawiązanymi opaskami zostajemy wrzuceni do samochodu. Nie wiemy, gdzie jedziemy.

"Koronerzy znaleźli w piwnicy jednej z kamienic dziewięć ofiar. Osoby te nie były ze sobą niczym związane, poza datą śmierci" - słychać głos w radiu. Gra muzyka. Po chwili znów głos. "Ofiary były przetrzymywane i torturowane dziewięć dni przez nieznanego sprawcę. Na miejscu znaleziono ciała ułożone w dziwnej konfiguracji". Jedziemy z zawiązanymi oczami już pięć minut. Nikt się nie odzywa. Muzyka nadal gra. "Nieznany jest motyw oraz przyczyna zgonu".

Stop. Auta się zatrzymują, ktoś nas wyciąga. Opaski wciąż na oczach, całkowita ciemność. Słyszymy, że mamy do pokonania 24 schody. Raz, dwa, trzy, cztery. Ktoś się potknął. Ale jest poręcz, więc trzymamy pion. Proszę schylić głowę, uwaga na próg. Wchodzimy do jakiegoś pomieszczenia, czuć zapach stęchlizny. Gdzieś między murami głucho gra muzyka, bębny, a zaraz klawisze. Stoimy, a po chwili znów każą nam iść. Pięć schodków. Cztery schodki. Próg.

Proszę się zatrzymać, słyszymy. Stanąć prosto, nie trzymać się za ręce. Teraz każdy będzie prowadzony osobno. Czuję, jak osoba koło mnie idzie naprzód, a ja nie mogę się ruszyć. Ani drgnąć. Kolejna, tym razem dziewczyna, która stała przede mną. Zupełna cisza, słychać tylko kroki. Ktoś mnie łapie za ręce od przodu i ciągnie. Idę, ale małymi kroczkami, żeby nie upaść. Słyszę polecenie, żeby się schylić, bo jest niski strop. Pochylam się, zgarbiona, nadal małe kroczki, spada mi torebka. Nie będzie ci teraz potrzebna, słyszę, a po chwili nie mam jej już na ramieniu. Mogę nareszcie zdjąć opaskę.

Stoję nad stromymi schodami, prowadzącymi do ciasnej piwnicy, w dole widzę pięć osób. Jestem szósta. Siedzą w świetle dwóch niebieskich lamp. Cztery osoby przy stole, jedna na krześle, prawie w samym rogu pomieszczenia. Wszystkie mają na głowie biały, przezroczysty materiał i siedzą nieruchomo. Jest brudno, ciemno i zimno. Uważnie schodzę, jeden mężczyzna bierze mnie za rękę i każe usiąść przy stoliku. Na głowę narzuca mi płachtę materiału, który przypomina firankę. Przed sobą widzę porcelanową filiżankę, z identycznej piłam herbatę pół godziny wcześniej. Ta jest umazana krwią. Czyste ma jedynie ucho, które mężczyzna każe mi trzymać. Druga ręka na stół, sztywno, palce splecione z palcami dziewczyny, która siedzi obok mnie. W tym czasie do pomieszczenia wchodzą kolejne trzy osoby. Kobieta zajmuje wolne miejsce z drugiej strony. Jeden z mężczyzn siada przy stole, ma podeprzeć głowę pięścią. Na głowie materiał. Drugiego kładą na ziemię.

Na stole, obok zakrwawionych filiżanek i porcelanowego, brudnego czajniczka, stoją numery. Od teraz jestem ofiarą numer dwa - szesnastoletnią wychowanką domu dla sierot. Mam lekko schyloną głowę, obojętny wyraz twarzy, ręce na stole, delikatnie trzymam ucho filiżanki. Zostałam zamordowana.

Niebieskie lampy gasną. Słychać kroki, rozbrzmiewa muzyka. Jest zupełnie ciemno. Nie widzę nic, nawet własnej ręki, która zastygła na porcelanie.

Dwóch inspektorów rozpoczyna śledztwo. Dlaczego zwłoki zostały ułożone właśnie w ten, dość osobliwy, sposób? Czemu zabójca wybrał akurat te osoby? Co je łączyło? Jak je zabijał? Ze wstępnych badań wynika, że umierały po kolei, jedna po drugiej, w odstępie od 30 minut, do godziny. Były torturowane, ale ostateczne, śmiertelne ciosy, były zdecydowane. Skoro morderca wiedział, że i tak zabije, to czemu znęcał się nad ofiarami? Łamał im żebra? Trzy udusił, jedną zastrzelił? Wszystkich ranił nożem? Czemu ofiar było dziewięć, przez dziewięć dni były przetrzymywane w ciemnej piwnicy? A może pozabijali się sami, usiłując się stamtąd, w histerii i panice, wydostać?



Zacznijmy od początku. W ciemnej piwnicy jednej z wrocławskich kamienic znaleziono...

-----------------------------------------------

Jestem "na świeżo" po spektaklu teatru Ad Spectatores "9 - rekonstrukcja". Nadal mam gęsią skórkę, a przed oczami stół i dziewięć zwłok. Brudne filiżanki, firanka na głowie, blade światło na przemian z grobową ciemnością. Nigdy nie brałam udziału w czymś podobnym. Cienka granica między teatrem, a swego rodzaju doświadczeniem psychologicznym. Wiesz, że to gra aktorska, spektakl, ale jesteś w środku i wszystkiego doświadczasz. Drażniących świateł, histerycznego krzyku, jęków, zimna, przyspieszonych oddechów. To nie jest relacja widownia-scena. Ty jesteś częścią sceny. Trzydzieści minut trwających wieczność. Naprawdę, przez chwilę czułam się jak porwana. Jakby mnie ktoś zaraz miał zabić. Jak w horrorze, z tą różnicą, że nie mogę schować się pod bezpieczną kołdrę. Muszę siedzieć sztywno, z rękami na stole, dwa palce na uchu filiżanki, a obok właśnie ktoś kogoś morduje.

Filmik wyżej to zwiastun. Na żywo jest dużo mroczniej. To najlepszy spektakl, na jakim kiedykolwiek byłam. Nic mnie nigdy w teatrze tak nie zaangażowało. Należę do osób o mocnych nerwach. Lubię się bać, lubię horrory, ciężko mnie wystraszyć. Ad Spectatores się udało i to w kilka chwil. Najpierw czułam podekscytowanie. Później rosła mi adrenalina. Na końcu chciałam, żeby to wszystko się już skończyło. Wyszłam z uśmiechem na ustach i z sercem w gardle.

Zdecydowanie polecam. Sama pewnie się jeszcze nie raz wybiorę, o ile uda mi się znów dorwać ciężko zdobyczne bilety.

25 września 2012

Paryż po raz ostatni















Następnym razem w podróż biorę analoga. Mniejszy problem z wyborem zdjęć, większa pokora i okiełznanie tego, co chciałabym pokazać na blogu. Przy 10 GB zdjęć mam ochotę pokazać wszystko, chociaż przecież jaki Paryż jest, każdy widzi bądź widział, w sieci przecież pełno zdjęć. Ale mam wciąż wątpliwości co do formy, jaką powinien mieć ten blog. Zrodził się z chęci pokazywania mojej zwykłej codzienności, ewoluował gdzieś w stronę fotobloga, w którym publikuję moje bardziej zaangażowane zdjęcia. Muszę się więc zastanowić, jaką formę chciałabym tu pozostawić.

Wracając do Paryża... albo, no cóż, nie wracając ;) chyba prędko nie obiorę go jako kolejny cel wyjazdowy. Wiem, że byłam w tym mieście bardzo krótko. Ale nawet w trakcie tak krótkich pobytów można sobie wyrobić pewną opinię na temat danego miejsca. Dla mnie Paryż jest przewidywalny. Książkowy wręcz. Może to kwestia różnych stereotypów, które wokół Paryża krążą, i które w mniejszym lub większym stopniu znalazły swoje potwierdzenie na miejscu (tak, Francuzi nie mówią po angielsku, chyba specjalnie). Niech będzie, że to miasto miłości, ale ta kiczowata miłość się aż czasem przelewa (w tym miejscu przypomniało mi się, jak mój nauczyciel angielskiego wspominał, że się na wieży Eiffla oświadczył).

Paryż to miasto ładne, zadbane (poza smrodem w metrze), ale jakbym je miała scharakteryzować, to bym powiedziała, że nie wygląda na spontaniczne. Jest ułożone, porządne, grzeczne. Albo za mało widziałam. Jeśli mnie ktoś przekona, że Paryż faktycznie kryje więcej niespodzianek - z chęcią je zobaczę. Póki co, w moim prywatnym rankingu, króluje nadal Barcelona.

A za cel na kolejną podróż obrałam Sztokholm (październik, dwa bilety lotnicze kupiłam za 4 zł :D) i czeską Pragę (listopad). Później chciałabym zobaczyć Rzym, Londyn i Berlin, a następnie ruszyć gdzieś na Wschód. Tanie loty ♥

24 września 2012

Charlène


Charlene to koleżanka Darii. Mieszka w Paryżu, pracuje w restauracji na dachu hotelu Raphael. Codziennie ma widok na panoramę miasta z łukiem triumfalnym na czele (i wieżą Eiffla też, choć obecnie nieco zasłoniętą). Jej pewnie widok biało-szarego miasta już spowszedniał. Na nas jednak zrobił ogromne wrażenie, podobnie jak hotel, w którym czułyśmy się wyjątkowo obco. Nie dla nas jednak pięć gwiazdek ani luksusowy wystrój. Ciasna kawalerka przy metrze była wystarczająca ;)

"No need to worry cause everybody will die"



Lubię chmury i będę lubić nadal, lecąc z nosem przyklejonym do szyby, za którą jest -59 stopni Celsjusza.

A weekendowo przygrywa Awolnation, który podsunęła mi Karolina (bo ja muzycznie nieogarnięta). W sam raz na poniedziałek.

21 września 2012

From Paris with love

Lubię spacerować ulicami miast, których nie znam. Poznawać zakamarki, gdzie turyści nie docierają. Obserwować ludzi, przypatrywać się studentom, jak są ubrani, co czytają w metrze. Czuję się wtedy, jakbym trochę podkradała czyjąś przestrzeń. Miłe uczucie, bo zwykle ta przestrzeń okazuje się być przyjazna i otwarta.

Dwa dni w Paryżu to mało. Wróciłam dziś i piszę już spod własnej kołdry, czując, jakbym nigdzie nie była. Jakbym nie wysiadła trzy godziny temu z samolotu. A jednak - oglądając zdjęcia (jak zawsze, na świeżo) spaceruję ulicami raz jeszcze. Raz jeszcze jem quiche w parku (i bagietę na skwerku koło metra Bastille ;)), raz jeszcze odwiedzam dzielnicę gejów i lesbijek, Moulin Rouge, piję kawę w jednej z kawiarni, gdzie kelnerką jest Polka, wjeżdżamy na dach pięciogwiazdkowego hotelu, gdzie pracuje Charlene, raz jeszcze zaczepia nas francuski żul... mówiący po polsku.

Paryż to zlepka wielu kultur, świetnego street-artu i pięknej architektury, za co już lubię to miasto. Ale jednocześnie to miasto ścieków i naprawdę nieziemskiego smrodu w metrze. To też miasto ludzi, gdzie niewiele osób mówi po angielsku. A jak już odpowiedzą po angielsku, to i tak wplączą kilka francuskich słów. Na lotnisku na przykład.

A! I przeuwielbiam nazwę stacji metra - Champs Elysees Clemenceau. Mogłabym ją wymawiać na okrągło, szczególnie ostatnie słowo. Jest przeurocze :D




















 















PS. Bilety lotnicze kosztowały mnie całe 24 złote. W obie strony ;)