Dużo zwiedzania, ciekawych miejsc, poznanych ludzi, czy może bardziej skromnie - zaszycie się gdzieś pośrodku niczego? Zawsze, gdy wyjeżdżam, zadaję sobie pytanie, co chciałabym na miejscu zobaczyć. I jeszcze ani razu nie zdarzyło mi się, żebym potrafiła na początku określić, gdzie chcę koniecznie zajrzeć. Nastawiam się na przypadek, choć wcale nie uważam, że to najlepsza opcja. Niespodzianki są super, ale brak planów sprawia, że często omija mnie sporo rzeczy, o których nie wiem, a mogłabym wiedzieć, gdybym przed podróżą poczytała trochę o miejscu, do którego jadę.
Na początku października odwiedziłam Budapeszt. Nie wiedziałam o tym mieście nic więcej, niż parę podstawowych informacji. Nie zgubiłam się, zobaczyłam chyba większość tak zwanych punktów obowiązkowych, wymoczyłam się cały dzień w termach, piłam węgierskie wino i spacerowałam zupełnie nieturystycznymi szlakami. Zaliczyłam zatem chyba wszystko, co w czasie tak krótkiej podróży można zaliczyć i doprowadziło mnie to do wniosku, że wszystkie europejskie stolice wpisują się w jeden schemat. To nic odkrywczego, oczywiście. Ale chyba nie chcę zwiedzać więcej miast, a przynajmniej na pewno nie poświęcać im aż tyle czasu. W każdym mieście są miejsca typu "must see", starówka, rynek lub zabytkowe centrum, najczęściej pięknie odrestaurowane, spacerowe, z mnóstwem sklepików i mnóstwem turystów. W każdym mieście znajdzie się zabytek nieco dalej od centrum, ale też warty uwagi. W każdym mieście są parki, w tym jakiś jeden szczególnie piękny, który warto zobaczyć. W każdym mieście znajdziemy również mniej turystyczne miejsca, z hipsterskimi knajpkami, pubami, miejscami artystycznymi, które odstają nieco od przewodnikowej sztampy. I to wszystko jest w porządku, ale ja już nie chcę odwiedzać takich miast. Mieszkam w takim mieście i mam to na co dzień. Zabytki mnie nigdy jakoś szczególnie nie kręciły. Muzea lubię, ale odwiedzam je bez większej euforii. Nie cierpię tłumów w takich miejscach. Alternatywne knajpki też są super, ale nie muszę lecieć za granicę, żeby wyjść na miasto napić się piwa. W Budapeszcie odkryłam, że zwiedzanie kolejnych miast nie jest tym, czego szukam i czego oczekuję od podróży.
Tym, co mnie obecnie najbardziej kręci, jest natura. Bardziej tęsknię do norweskich fiordów, niż do sztokholmskiej architektury. Bardziej chcę łazić po szkockich czy rumuńskich górach, niż przemierzać ulice Paryża czy Berlina. Zamiast ulic handlowych i sterty sklepów z pamiątkami, wolę małe targowiska i lokalne sklepiki. Mój dotychczasowy sposób podróżowania uniemożliwiał zwiedzanie mniejszych miasteczek. Brak dłuższych urlopów, jednorazowe strzały w postaci spontanicznych zakupów biletów lotniczych, szybkie jednodniówki... Teraz chcę inaczej.
Marzę o tygodniu na północy Norwegii i zobaczeniu zorzy polarnej, marzę o przemierzaniu pociągiem Szkocji i zanurzeniu stóp w Loch Ness, marzę o złażeniu wzdłuż i wszerz Siedmiogrodu. To moje trzy małe plany na podróże za granicą, które wcale nie są aż tak dalekie od realizacji. Mam też parę planów na Polskę. Chcę przejść całe Karkonosze szczytami gór, chcę odwiedzić Ponidzie i zajrzeć po wielu latach w rodzinne strony mojej babci, chciałabym w końcu zrealizować plan jeżdżenia przez cały weekend pociągami po Polsce - od Tatr po morze w dwa dni, chciałabym się nauczyć jeździć na desce. To ostatnie zrealizuję całkiem niedługo :) przedostatnie być może też.
Jeszcze tylko nie wiem, czy znajdę towarzystwo do tych wszystkich "chciałabym". Może znajdzie się ktoś, kto chciałby zobaczyć te same miejsca.
Tymczasem pozdrowienia z Budapesztu :)

















































