Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże małe i duże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże małe i duże. Pokaż wszystkie posty

24 października 2014

Jak powinna wyglądać podróż idealna?

Dużo zwiedzania, ciekawych miejsc, poznanych ludzi, czy może bardziej skromnie - zaszycie się gdzieś pośrodku niczego? Zawsze, gdy wyjeżdżam, zadaję sobie pytanie, co chciałabym na miejscu zobaczyć. I jeszcze ani razu nie zdarzyło mi się, żebym potrafiła na początku określić, gdzie chcę koniecznie zajrzeć. Nastawiam się na przypadek, choć wcale nie uważam, że to najlepsza opcja. Niespodzianki są super, ale brak planów sprawia, że często omija mnie sporo rzeczy, o których nie wiem, a mogłabym wiedzieć, gdybym przed podróżą poczytała trochę o miejscu, do którego jadę.

Na początku października odwiedziłam Budapeszt. Nie wiedziałam o tym mieście nic więcej, niż parę podstawowych informacji. Nie zgubiłam się, zobaczyłam chyba większość tak zwanych punktów obowiązkowych, wymoczyłam się cały dzień w termach, piłam węgierskie wino i spacerowałam zupełnie nieturystycznymi szlakami. Zaliczyłam zatem chyba wszystko, co w czasie tak krótkiej podróży można zaliczyć i doprowadziło mnie to do wniosku, że wszystkie europejskie stolice wpisują się w jeden schemat. To nic odkrywczego, oczywiście. Ale chyba nie chcę zwiedzać więcej miast, a przynajmniej na pewno nie poświęcać im aż tyle czasu. W każdym mieście są miejsca typu "must see", starówka, rynek lub zabytkowe centrum, najczęściej pięknie odrestaurowane, spacerowe, z mnóstwem sklepików i mnóstwem turystów. W każdym mieście znajdzie się zabytek nieco dalej od centrum, ale też warty uwagi. W każdym mieście są parki, w tym jakiś jeden szczególnie piękny, który warto zobaczyć. W każdym mieście znajdziemy również mniej turystyczne miejsca, z hipsterskimi knajpkami, pubami, miejscami artystycznymi, które odstają nieco od przewodnikowej sztampy. I to wszystko jest w porządku, ale ja już nie chcę odwiedzać takich miast. Mieszkam w takim mieście i mam to na co dzień. Zabytki mnie nigdy jakoś szczególnie nie kręciły. Muzea lubię, ale odwiedzam je bez większej euforii. Nie cierpię tłumów w takich miejscach. Alternatywne knajpki też są super, ale nie muszę lecieć za granicę, żeby wyjść na miasto napić się piwa. W Budapeszcie odkryłam, że zwiedzanie kolejnych miast nie jest tym, czego szukam i czego oczekuję od podróży. 

Tym, co mnie obecnie najbardziej kręci, jest natura. Bardziej tęsknię do norweskich fiordów, niż do sztokholmskiej architektury. Bardziej chcę łazić po szkockich czy rumuńskich górach, niż przemierzać ulice Paryża czy Berlina. Zamiast ulic handlowych i sterty sklepów z pamiątkami, wolę małe targowiska i lokalne sklepiki. Mój dotychczasowy sposób podróżowania uniemożliwiał zwiedzanie mniejszych miasteczek. Brak dłuższych urlopów, jednorazowe strzały w postaci spontanicznych zakupów biletów lotniczych, szybkie jednodniówki... Teraz chcę inaczej. 

Marzę o tygodniu na północy Norwegii i zobaczeniu zorzy polarnej, marzę o przemierzaniu pociągiem Szkocji i zanurzeniu stóp w Loch Ness, marzę o złażeniu wzdłuż i wszerz Siedmiogrodu. To moje trzy małe plany na podróże za granicą, które wcale nie są aż tak dalekie od realizacji. Mam też parę planów na Polskę. Chcę przejść całe Karkonosze szczytami gór, chcę odwiedzić Ponidzie i zajrzeć po wielu latach w rodzinne strony mojej babci, chciałabym w końcu zrealizować plan jeżdżenia przez cały weekend pociągami po Polsce - od Tatr po morze w dwa dni, chciałabym się nauczyć jeździć na desce. To ostatnie zrealizuję całkiem niedługo :) przedostatnie być może też.

Jeszcze tylko nie wiem, czy znajdę towarzystwo do tych wszystkich "chciałabym". Może znajdzie się ktoś, kto chciałby zobaczyć te same miejsca.

Tymczasem pozdrowienia z Budapesztu :)


19 sierpnia 2014

Rozczochranie


Jak zwykle nie planuję żadnych wakacji sądząc, że wyjazdy częstsze, a krótsze, załatwią sprawę odpoczynku. Otóż ze smutkiem stwierdzam, że nie załatwiają. Funkcjonuję tak już jakieś trzy lata, czas chyba na coś dłuższego. Niecałe cztery dni w Amsterdamie podpowiadają, że jest fajnie, ale może to już czas na pacnięcie gdzieś pod palmą?

Palmy palmami, na żadne all inclusive się nie wybieram. Jest tyle miejsc do zobaczenia, tyle piw do spróbowania, chodników do przemierzenia i lata tyle samolotów na niebie, do których chce się wsiadać i możliwie najdłużej nie wysiadać, że szkoda mi urlopu na jedną palmę i hotelowy leżak.

No więc Amsterdam. Plan na to miasto miałam od dawna, ale do tej pory nie było okazji, chęci, odpowiedniego towarzystwa. Kogoś, kto zdecyduje się na wyjazd w 10 minut bez zbytniego rozmyślania o wszelkich "za" i "przeciw". Tak się ze mną planuje wakacje, że jedynymi odpowiedziami są "lecę" lub "nie". Jest więc Daria, która w zasadzie się nie zastanawia, tylko później razem kombinujemy, skąd wziąć pieniądze na wyjazd. A było przy Amsterdamie kombinowania sporo, bo że bilety do Holandii za 80zł w dwie strony kupiłam to jedno. Drugie to przeżyć w tej Holandii cztery dni i nie spać pod mostem.

Udało się wszystko załatwić, jak zwykle na ostatnią chwilę i przyznam, że już dawno nie szlifowałam tak angielskiego oraz intuicji, która odsiewałaby wszystkich zwyroli oferujących nam nocleg. Na Airbnb znalazła się na szczęście wspaniała dziewczyna, która udostępniła nam swoje cztery ściany i bardzo dużą kanapę za bardzo niedużą cenę. Na miejscu poczęstowała domowym obiadem i czekoladą. My z kolei zaopatrzyłyśmy się w polski prowiant, który okazał się na szczęście tylko dodatkiem, a nie główną częścią menu wyjazdu.

Ostatecznie wyjazd wyszedł mało backpackerski, bo spałyśmy jak należy, jadłyśmy w miarę, jak należy, ale co się nachodziłyśmy, nazobaczyłyśmy i wypaliłyśmy, to nasze. Kupiłam sobie nawet piwo ekologiczne z jakiegoś lokalnego browaru, nie pamiętam nazwy, ale było pyszne i serwował je przemiły kelner w knajpie, w której nazwa wifi brzmiała "Jesus Loves You".

Padało. Padało najbardziej wtedy, gdy sadzałam swoje cztery litery na rower i zamierzałam przemierzać miasto z rozwianą grzywą. Niestety, przemierzałam miasto na dwóch kółkach ubrana w przeciwdeszczowy worek, ale uważam, że miało to bardzo dużo uroku. Wiązało się też z niezamierzenie dużą liczbą bluzgów, ale czym są tamte bluzgi w porównaniu z dzisiejszymi wspomnieniami? ;)

Nie będę oryginalna, gdy napiszę, że Amsterdam to miasto rowerów, seksu i używek. I rowerów. I seksu. I trochę Van Gogha i Rembrandta. Tam naprawdę wszyscy poruszają się rowerem i nawet dla mnie, dwukołowego laika, jazda po ulicy wśród samochodów okazała się prosta. No, ale tam nikt nie próbuje rowerzysty zepchnąć z drogi, co bywa widoczne na polskich ulicach. Tam jazda na rowerze to przyjemność, nawet jeśli jest ulewa, ty nie masz kurtki przeciwdeszczowej, tylko worek na głowie.

Poza tym Amsterdam to kolejne miasto, o którym słyszę, że jest "Wenecją Północy" i mam już dość tego wyświechtanego określenia. Sztokholm też miał być drugą Wenecją. Nie wspominając, że i Wrocław pretenduje do tego miana. A ja bym chyba chciała, żeby Amsterdam był Amsterdamem, Sztokholm Sztokholmem, a Wrocław Wrocławiem i to chyba najwyższy czas, żeby zaplanować wyjazd do Wenecji ;)

Jest klimat w tym mieście. Czuć luz i brak pośpiechu, choć wbrew pozorom wszystko działa jak w zegarku i co chwila ktoś cię szturcha rowerem, bo idziesz za blisko ścieżki. Jest w tym mieście coś, co przyciąga i wbrew pozorom wcale nie jest to wszechobecny zapach gandzi. Amsterdam jest chyba po prostu inny od europejskich miast. Pozwala jednocześnie odetchnąć, ale i przyspieszyć.  Wypina się na inne stolice mówiąc "fuck off". Gdybym miała określić to miasto jednym słowem, to na myśl przychodzi mi: nieuczesane.

Amsterdam jest nieuczesany i bardzo mu w tym rozczochraniu do twarzy.

20 stycznia 2014

Cliffs of Moher



Siedzisz na skalnej półce 200 metrów nad ziemią, machasz radośnie nogami w obłoconych butach, wieje silny wiatr. Kładziesz się na skale, żeby cię nie zwiało, po czym podnosisz się gwałtownie. Kręci ci się w głowie. Patrzysz w dół - świat wiruje, w oczy bije ostre słońce, wiatr nie pozwala utrzymać czapki na miejscu. 

I przez ten ułamek sekundy czujesz się jak w locie.

22 grudnia 2013

Berlin


Ostatnia podróż w tym roku. Najmniej z niej wyniosłam, najmniej przeżyłam. Ot, turystyczny wyjazd ze spacerem "od zabytku do zabytku". Ale mimo to doceniam, w Berlinie nigdy wcześniej nie byłam. Dopisuję to miasto do listy miejsc zatytułowanej "wybierz się raz jeszcze" tylko po to, by zobaczyć wielokulturowe życie miasta, a nie trasę turystyczną. Nie podoba mi się tam, niemniej brzydota Berlina jest na swój sposób zachęcająca. Może kiedyś, przy okazji. Może na jakiś weekend.