
















Jak zwykle nie planuję żadnych wakacji sądząc, że wyjazdy częstsze, a krótsze, załatwią sprawę odpoczynku. Otóż ze smutkiem stwierdzam, że nie załatwiają. Funkcjonuję tak już jakieś trzy lata, czas chyba na coś dłuższego. Niecałe cztery dni w Amsterdamie podpowiadają, że jest fajnie, ale może to już czas na pacnięcie gdzieś pod palmą?
Palmy palmami, na żadne all inclusive się nie wybieram. Jest tyle miejsc do zobaczenia, tyle piw do spróbowania, chodników do przemierzenia i lata tyle samolotów na niebie, do których chce się wsiadać i możliwie najdłużej nie wysiadać, że szkoda mi urlopu na jedną palmę i hotelowy leżak.
No więc Amsterdam. Plan na to miasto miałam od dawna, ale do tej pory nie było okazji, chęci, odpowiedniego towarzystwa. Kogoś, kto zdecyduje się na wyjazd w 10 minut bez zbytniego rozmyślania o wszelkich "za" i "przeciw". Tak się ze mną planuje wakacje, że jedynymi odpowiedziami są "lecę" lub "nie". Jest więc Daria, która w zasadzie się nie zastanawia, tylko później razem kombinujemy, skąd wziąć pieniądze na wyjazd. A było przy Amsterdamie kombinowania sporo, bo że bilety do Holandii za 80zł w dwie strony kupiłam to jedno. Drugie to przeżyć w tej Holandii cztery dni i nie spać pod mostem.
Udało się wszystko załatwić, jak zwykle na ostatnią chwilę i przyznam, że już dawno nie szlifowałam tak angielskiego oraz intuicji, która odsiewałaby wszystkich zwyroli oferujących nam nocleg. Na Airbnb znalazła się na szczęście wspaniała dziewczyna, która udostępniła nam swoje cztery ściany i bardzo dużą kanapę za bardzo niedużą cenę. Na miejscu poczęstowała domowym obiadem i czekoladą. My z kolei zaopatrzyłyśmy się w polski prowiant, który okazał się na szczęście tylko dodatkiem, a nie główną częścią menu wyjazdu.
Ostatecznie wyjazd wyszedł mało backpackerski, bo spałyśmy jak należy, jadłyśmy w miarę, jak należy, ale co się nachodziłyśmy, nazobaczyłyśmy i wypaliłyśmy, to nasze. Kupiłam sobie nawet piwo ekologiczne z jakiegoś lokalnego browaru, nie pamiętam nazwy, ale było pyszne i serwował je przemiły kelner w knajpie, w której nazwa wifi brzmiała "Jesus Loves You".
Padało. Padało najbardziej wtedy, gdy sadzałam swoje cztery litery na rower i zamierzałam przemierzać miasto z rozwianą grzywą. Niestety, przemierzałam miasto na dwóch kółkach ubrana w przeciwdeszczowy worek, ale uważam, że miało to bardzo dużo uroku. Wiązało się też z niezamierzenie dużą liczbą bluzgów, ale czym są tamte bluzgi w porównaniu z dzisiejszymi wspomnieniami? ;)
Nie będę oryginalna, gdy napiszę, że Amsterdam to miasto rowerów, seksu i używek. I rowerów. I seksu. I trochę Van Gogha i Rembrandta. Tam naprawdę wszyscy poruszają się rowerem i nawet dla mnie, dwukołowego laika, jazda po ulicy wśród samochodów okazała się prosta. No, ale tam nikt nie próbuje rowerzysty zepchnąć z drogi, co bywa widoczne na polskich ulicach. Tam jazda na rowerze to przyjemność, nawet jeśli jest ulewa, ty nie masz kurtki przeciwdeszczowej, tylko worek na głowie.
Poza tym Amsterdam to kolejne miasto, o którym słyszę, że jest "Wenecją Północy" i mam już dość tego wyświechtanego określenia. Sztokholm też miał być drugą Wenecją. Nie wspominając, że i Wrocław pretenduje do tego miana. A ja bym chyba chciała, żeby Amsterdam był Amsterdamem, Sztokholm Sztokholmem, a Wrocław Wrocławiem i to chyba najwyższy czas, żeby zaplanować wyjazd do Wenecji ;)
Jest klimat w tym mieście. Czuć luz i brak pośpiechu, choć wbrew pozorom wszystko działa jak w zegarku i co chwila ktoś cię szturcha rowerem, bo idziesz za blisko ścieżki. Jest w tym mieście coś, co przyciąga i wbrew pozorom wcale nie jest to wszechobecny zapach gandzi. Amsterdam jest chyba po prostu inny od europejskich miast. Pozwala jednocześnie odetchnąć, ale i przyspieszyć. Wypina się na inne stolice mówiąc "fuck off". Gdybym miała określić to miasto jednym słowem, to na myśl przychodzi mi: nieuczesane.
Amsterdam jest nieuczesany i bardzo mu w tym rozczochraniu do twarzy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz