31 maja 2012

300!

Ostatni dzień maja świętuję okrągłym, 300. postem na blogu. Miło. Maj to również rekord wpisów w miesiącu, choć zupełnie niezamierzony. Mam zdjęciowe adhd i dużo się wokół dzieje. Po prostu :)

Chciałam się więc pochwalić prezentem, który dostałam od Ady. Nowy stary rower! Nie pamiętam, kiedy ostatnio jeździłam jednośladem. W podstawówce chyba. Później chciałam kupić jakiś używany, ale zawsze były ważniejsze wydatki, ogólny brak pieniędzy czy też problemy logistyczno-międzymiastowe. I tak błąkałam się dobre trzy lata z kupnem roweru. Aż pewnego dnia Ada oznajmiła, że chce się pozbyć swojego staruszka i czy bym nie przygarnęła. Pytanie!

Rower jest cudowny, ma jeden hamulec, niedziałający dzwonek i co najważniejsze - jeździ. Jak ogarnę kilka rzeczy, między innymi zniżenie siodełka, to zamierzam pruć dzielnie przez wrocławskie ścieżki rowerowe. Pięknie jest! :)



30 maja 2012

San Siro

Wikipedia twierdzi, że to największy stadion we Włoszech, jeden z największych stadionów w Europie, mieści się też w pierwszej dziesiątce na świecie. Być może ;) jak pisałam wcześniej, nie znam się zupełnie ani na piłce, ani na architekturze stadionowej. Moje pierwsze odczucie po zobaczeniu San Siro było jedno: masa betonu, co w tym pięknego? Nie podobał mi się zupełnie, nie rozumiałam, co może być fascynującego w oglądaniu stadionu. Nadal nie do końca rozumiem, ale zmieniłam nieco zdanie na temat piękna budowli. Zaczęłam robić zdjęcia i pierwsze co przyszło mi na myśl, to że stadion ten jest bardzo "rytmiczny".

To znaczy: w tych wszystkich betonowych palach (czy jak to się nazywa?), belkach, nawet w płocie, bramkach czy stojakach, jest dużo uroku, elementy są powtarzalne. A że ostatnio ubóstwiam symetrię czy wspomniane wcześniej rytmy, to uznałam, że San Siro to świetne miejsce do fotograficznych ćwiczeń. Poza tym surowy beton, jakkolwiek brzydki by nie był, stwarza ciekawy klimat i gdybym miała więcej czasu, to być może powstałaby w Mediolanie jakaś ciekawsza sesja. 

Cena za wejście i zwiedzanie stadionu to 13 euro. 









29 maja 2012

Jeden dzień w Mediolanie

O 4:30 rano w niedzielę wstałam, po nieprzespanej nocy, ogarnęłam się życiowo i godzinę później byłam już na Okęciu. Tym razem miałam walutę, ale za to nie miałam kanapek. Trudno. Szybka odprawa, o dziwo nie piszczałam na bramce, i pędem do samolotu. Półtorej godziny lekkiego snu.

I budzisz się w Mediolanie ;) no dobra, pod Mediolanem, w Bergamo. Nie ważne. 5 ojro za autokar w jedną stronę, szybka godzinna drzemka w trasie, naszykowanie aparatu i można już było przemierzać włoskie chodniki. Najpierw katedra, gdzie szybko zorientowaliśmy się, że niedziela to przecież zielone świątki i pół miasta nieczynne. Równie szybko okazało się też, że w ten dzień w Mediolanie był finał Giro d'Italia. W tłumie dało się dojrzeć polską flagę. 

Szybka kawa (nawet niedroga ta kawa, czego nie można powiedzieć o piwie), baczne obserwowanie Włochów i sio na stadion AC Milanu. Nie znam się na piłce, nie znam się na stadionowej architekturze, nie powiem zatem nic więcej niż to, że San Siro to kupa betonu. To mój jedyny wniosek. Poza tym życie w tym mieście płynie jak wszędzie w weekend: leniwie, a w centrum głośno. Bardzo bardzo głośno.

Włoska pizza kosztowała nas majątek, i chyba faktycznie była prawdziwą włoską pizzą, bo ciasto było cienkie jak naleśnik. I inne w smaku. Piwo jak piwo, choć moje kubki smakowe po tygodniu spędzonym w Warszawie mogły już nie ogarniać. W każdym razie kosztowało 5 ojro, czyli tyle, ile podróż z lotniska do centrum Mediolanu. Czy kogoś tu przypadkiem nie pogięło? ;)

Noc spędziliśmy na lotnisku, a pamiętając bejowskie przygody w Szwecji, mieliśmy nadzieję przynajmniej na ciszę i spokój. Lotnisko w Bergamo to jedna wielka noclegownia. Spokoju niestety niet, a do tego było okropnie zimno. Na razie wynik to 1:0 dla lotniska w Malmö. Choć nie ukrywam, Bergamo ma sporo uroku i nie powiem, by ta noc była najgorszą w moim życiu. Przeciwnie. Te najgorsze nadal należą do naszego rodzimego PKP ;) I choć nie zmrużyłam oka, to warto było. Szybki reset zestresowanego umysłu.

Ekipa w komplecie :) Zdjęcie autorstwa Rafika.

I moja relacja. Będzie więcej zdjęć w kolejnych wpisach.




























28 maja 2012

Paweł. I praskie kamienice

Właśnie powróciłam z kolejnej bejowskiej wycieczki. Siedzę u Agnieszki w biurze na warszawskiej Pradze i regeneruję siły przed starciem z PKP do Wrocławia. Ale o tym później.

Wykorzystam chwilę wolnego, której nie przeznaczę na spanie, bo mogłabym już nie wstać, na wrzucenie drugiej części zdjęć z naszego sobotniego fotospaceru. Fajnie, że udało się zgrać tak dużą ekipę. Fajnie, że udało się razem wypić piwo. Fajnie, że zobaczyłam swoich wrocławskich i warszawskich przyjaciół w jednym miejscu :) 

Na zdjęciach Paweł, dzielnie pozował. U Agnieszki również obszerna fotogaleria.









26 maja 2012

Cud nad Wisłą

Dziś stwierdziłam, że lubię Warszawę. Na weekendy jest fajna. Na wyjścia na piwo też, na kawę, na spacer. Wystarczy jednak jedno zdanie wypowiedziane w złym momencie i mam ścisk w żołądku. I chcę wracać. Jakkolwiek fajnie by nie było. Do Wrocławia wracam w poniedziałek. Przez Mediolan.

A tymczasem zdjęcia z części fotospaceru. Jest efekciarsko, ale czasem musi być. Bo tylko czasem mam okazję pożyczyć fajny obiektyw.

(Miejsce: Cud nad Wisłą. Poproszę takie miejsce nad Odrą. Dziękuję.)