O 4:30 rano w niedzielę wstałam, po nieprzespanej nocy, ogarnęłam się życiowo i godzinę później byłam już na Okęciu. Tym razem miałam walutę, ale za to nie miałam kanapek. Trudno. Szybka odprawa, o dziwo nie piszczałam na bramce, i pędem do samolotu. Półtorej godziny lekkiego snu.
I budzisz się w Mediolanie ;) no dobra, pod Mediolanem, w Bergamo. Nie ważne. 5 ojro za autokar w jedną stronę, szybka godzinna drzemka w trasie, naszykowanie aparatu i można już było przemierzać włoskie chodniki. Najpierw katedra, gdzie szybko zorientowaliśmy się, że niedziela to przecież zielone świątki i pół miasta nieczynne. Równie szybko okazało się też, że w ten dzień w Mediolanie był finał Giro d'Italia. W tłumie dało się dojrzeć polską flagę.
Szybka kawa (nawet niedroga ta kawa, czego nie można powiedzieć o piwie), baczne obserwowanie Włochów i sio na stadion AC Milanu. Nie znam się na piłce, nie znam się na stadionowej architekturze, nie powiem zatem nic więcej niż to, że San Siro to kupa betonu. To mój jedyny wniosek. Poza tym życie w tym mieście płynie jak wszędzie w weekend: leniwie, a w centrum głośno. Bardzo bardzo głośno.
Włoska pizza kosztowała nas majątek, i chyba faktycznie była prawdziwą włoską pizzą, bo ciasto było cienkie jak naleśnik. I inne w smaku. Piwo jak piwo, choć moje kubki smakowe po tygodniu spędzonym w Warszawie mogły już nie ogarniać. W każdym razie kosztowało 5 ojro, czyli tyle, ile podróż z lotniska do centrum Mediolanu. Czy kogoś tu przypadkiem nie pogięło? ;)
Noc spędziliśmy na lotnisku, a pamiętając bejowskie przygody w Szwecji, mieliśmy nadzieję przynajmniej na ciszę i spokój. Lotnisko w Bergamo to jedna wielka noclegownia. Spokoju niestety niet, a do tego było okropnie zimno. Na razie wynik to 1:0 dla lotniska w Malmö. Choć nie ukrywam, Bergamo ma sporo uroku i nie powiem, by ta noc była najgorszą w moim życiu. Przeciwnie. Te najgorsze nadal należą do naszego rodzimego PKP ;) I choć nie zmrużyłam oka, to warto było. Szybki reset zestresowanego umysłu.
Ekipa w komplecie :) Zdjęcie autorstwa Rafika.
I moja relacja. Będzie więcej zdjęć w kolejnych wpisach.




























To z żółtymi tenisówkami lubię najbardziej:)
OdpowiedzUsuńja też lubie! :)
UsuńP.S=oleandra
OdpowiedzUsuńFajnie tak na chwilę przenieść się w inny świat. Szkoda, że na tak krótko :( Ale zdjęcia jak zawsze fajowskie! Pozdrawiam!
OdpowiedzUsuńtaki jest plan na ten rok. często, a krótko :) buźka!
Usuń