Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

13 czerwca 2012

W górę!

Moje uczucie do chmur nie maleje.









Alpy widziane z góry. Cud, miód, malina. Kiedyś zobaczę je również z dołu. Na pewno.


I już w Polsce, nad Warszawą.





30 maja 2012

San Siro

Wikipedia twierdzi, że to największy stadion we Włoszech, jeden z największych stadionów w Europie, mieści się też w pierwszej dziesiątce na świecie. Być może ;) jak pisałam wcześniej, nie znam się zupełnie ani na piłce, ani na architekturze stadionowej. Moje pierwsze odczucie po zobaczeniu San Siro było jedno: masa betonu, co w tym pięknego? Nie podobał mi się zupełnie, nie rozumiałam, co może być fascynującego w oglądaniu stadionu. Nadal nie do końca rozumiem, ale zmieniłam nieco zdanie na temat piękna budowli. Zaczęłam robić zdjęcia i pierwsze co przyszło mi na myśl, to że stadion ten jest bardzo "rytmiczny".

To znaczy: w tych wszystkich betonowych palach (czy jak to się nazywa?), belkach, nawet w płocie, bramkach czy stojakach, jest dużo uroku, elementy są powtarzalne. A że ostatnio ubóstwiam symetrię czy wspomniane wcześniej rytmy, to uznałam, że San Siro to świetne miejsce do fotograficznych ćwiczeń. Poza tym surowy beton, jakkolwiek brzydki by nie był, stwarza ciekawy klimat i gdybym miała więcej czasu, to być może powstałaby w Mediolanie jakaś ciekawsza sesja. 

Cena za wejście i zwiedzanie stadionu to 13 euro. 









29 maja 2012

Jeden dzień w Mediolanie

O 4:30 rano w niedzielę wstałam, po nieprzespanej nocy, ogarnęłam się życiowo i godzinę później byłam już na Okęciu. Tym razem miałam walutę, ale za to nie miałam kanapek. Trudno. Szybka odprawa, o dziwo nie piszczałam na bramce, i pędem do samolotu. Półtorej godziny lekkiego snu.

I budzisz się w Mediolanie ;) no dobra, pod Mediolanem, w Bergamo. Nie ważne. 5 ojro za autokar w jedną stronę, szybka godzinna drzemka w trasie, naszykowanie aparatu i można już było przemierzać włoskie chodniki. Najpierw katedra, gdzie szybko zorientowaliśmy się, że niedziela to przecież zielone świątki i pół miasta nieczynne. Równie szybko okazało się też, że w ten dzień w Mediolanie był finał Giro d'Italia. W tłumie dało się dojrzeć polską flagę. 

Szybka kawa (nawet niedroga ta kawa, czego nie można powiedzieć o piwie), baczne obserwowanie Włochów i sio na stadion AC Milanu. Nie znam się na piłce, nie znam się na stadionowej architekturze, nie powiem zatem nic więcej niż to, że San Siro to kupa betonu. To mój jedyny wniosek. Poza tym życie w tym mieście płynie jak wszędzie w weekend: leniwie, a w centrum głośno. Bardzo bardzo głośno.

Włoska pizza kosztowała nas majątek, i chyba faktycznie była prawdziwą włoską pizzą, bo ciasto było cienkie jak naleśnik. I inne w smaku. Piwo jak piwo, choć moje kubki smakowe po tygodniu spędzonym w Warszawie mogły już nie ogarniać. W każdym razie kosztowało 5 ojro, czyli tyle, ile podróż z lotniska do centrum Mediolanu. Czy kogoś tu przypadkiem nie pogięło? ;)

Noc spędziliśmy na lotnisku, a pamiętając bejowskie przygody w Szwecji, mieliśmy nadzieję przynajmniej na ciszę i spokój. Lotnisko w Bergamo to jedna wielka noclegownia. Spokoju niestety niet, a do tego było okropnie zimno. Na razie wynik to 1:0 dla lotniska w Malmö. Choć nie ukrywam, Bergamo ma sporo uroku i nie powiem, by ta noc była najgorszą w moim życiu. Przeciwnie. Te najgorsze nadal należą do naszego rodzimego PKP ;) I choć nie zmrużyłam oka, to warto było. Szybki reset zestresowanego umysłu.

Ekipa w komplecie :) Zdjęcie autorstwa Rafika.

I moja relacja. Będzie więcej zdjęć w kolejnych wpisach.