



Historia jest dość ciekawa. Zacznijmy od tego, że to mój pierwszy mecz piłki nożnej, na jakim kiedykolwiek byłam. Serio - nigdy nie pasjonowałam się rozgrywkami kilkunastu facetów biegających za piłką. Atmosferę związaną z dużymi wydarzeniami sportowymi uwielbiam, ale żeby tak sama z siebie śledzić poczynania wrocławskiej drużyny, to niekoniecznie. Wczoraj więc był pierwszy raz na meczu, na dzień dobry jako fotograf. Spanikowałam, przyznaję, ale chyba nie wyszło źle. W końcu po kilku minutach udawało mi się już nadążyć za piłką i szczęśliwie ani razu nie oberwałam i mój (a właściwie Wojtka) obiektyw też zszedł z murawy cało. Przyznam, że nawet mi się podobało i pewnie nie był to ostatni raz.
Ale nigdy, przenigdy nie chcę już wracać z kibolami w jednym, nocnym autobusie. Być rudą dziewczyną wśród czterdziestu facetów? No problem. Ale przysiada się do mnie chłopak, na bicu wielki tatuaż "thug live", rozpoczyna rozmowę: "widziałem cię z trybun, robisz zdjęcia, szłem do tego samego autobanu". W myślach przygotowuję już sobie rysopis sprawcy, który miałabym podać podczas ewentualnych zeznań. Jedziemy dalej - mój rozmówca przechodzi na tematy związane z rozwojem zawodowym. "Fajna dziewczyna to fajna praca, ale jesteś z gazety, czy z policji?!". Ani jedno, ani drugie, więc słyszę: "spoko, moja robota też jest fajna, w sumie, przy przewozie zwłok pracuję, he he".
Przypominam sobie podstawowe chwyty z samoobrony, napinam mięśnie i rozpisuję w myślach strategię ciosów. W tym czasie mój rozmówca chwali się swoim oczytaniem - czytał "Samotność w sieci" kilka razy, poza tym interesuje się włoską mafią, nie ma w domu odkurzacza, a jego rodzice są zawiedzeni tym, na kogo wyrósł. Po tym monologu mogę wreszcie wysiąść i przesiąść się na ostatni dzienny tramwaj do domu.
Ale to nie koniec historii.
Okazuje się, niestety dopiero na pętli, że mój rozmówca i jego pięciu kumpli z lekkim zanikiem szyi jadą tym samym tramwajem i wysiadają na tym samym przystanku. Wysiadamy więc razem, a wesoła gromadka zagradza mi drogę. I tu następuje moment, w którym żałuję (a może nie?), że mój instynkt samozachowawczy trochę kuleje. Zamiast zrobić unik i w długą, słyszę we własnych ustach bluzg pomieszany z wściekłością i poirytowaniem. No bo bez jaj - jest późno, chcę do domu. Panowie zdziwieni, a mnie moje własne nogi prowadzą ku ucieczce.
Być może nic mi nie chcieli zrobić. Być może po prostu chcieli pogadać, nie wiem, o literaturze na przykład, a mnie zupełnie bez sensu napędzał strach. Bez sensu ;)
















