Sen Pszczoły, dawna wytwórnia wódek Koneser. Na placu zbiera się kilkaset osób i o umówionej godzinie wyrzuca w górę kolorowy proszek Holi. Powtórka z
wrocławskiego Festiwalu Kolorów.
Tym razem weszłam w tłum. Opakowałam aparat w folię, wzięłam ubranie na zmianę, szykowałam się na prawdziwą burzę kolorów. Ten festiwal to tyle pozytywnych emocji, tyle radości i uśmiechu, że nie sposób nie żywić sympatii do ludzi, którzy sypią ci w oczy czymś, co ma konsystencję mąki. Kolory wyzwalają nieopisaną euforię, która udziela się tak bardzo, że wracasz przez miasto sypiąc się proszkiem, czujesz się jak podczas plastyki w podstawówce i nawet współpasażerowie w autobusie, którzy denerwują się na cały ten bałagan, jakoś nie mają energii krzyczeć zbyt głośno.
Proszek jest wszędzie, w nosie, uszach, na ustach. Włosy mam rude, ale przy myciu płynął jaskrawy pomarańcz, aparat się uchronił (uff), ale generalnie po festiwalu cała byłam do wymiany.