Mam ostatnio pewien zastój, nie robię zdjęć, albo robię ich bardzo mało i nie jestem z nich zadowolona. Chyba dopiero teraz dopadł mnie fotograficzny sen zimowy, aparat grzeje się w domu tuż przy nocnym stoliku, a na zewnątrz fotografuję głównie telefonem, głównie pierdoły, głównie nieistotne. Dziwnie mi z tym, chociaż dużo się dzieje, dużo jest okazji do zdjęć, ale jakoś natchnienie nie dopisuje. Wiem, że to mija, ale czasem trzeba temu "minięciu" pomóc.
Dziwnie było mi dziś, gdy zapakowałam do torby aparat i ruszyłam w miasto. Miałam powód: Restaurant Day. Nie wiedziałam co to, gdzie to i jak to, ale uznałam, że jeśli nie znajdę pretekstu, to w najbliższym czasie pewnie się nie ruszę z aparatem nigdzie. Pretekstem była więc pewna smakowita impreza, z której postanowiłam zrobić krótką relację na Smaki Wrocławia. Warunki do zdjęć wyjątkowo kiepskie;) dużo ludzi, mało miejsca, trzeba uważać, by nic nie strącić, nie rozlać, nie zepsuć. Ale udało się popstrykać.
Jest więc jedzenie.
Spróbowałam tylko ciasta pomarańczowo-imbirowego. I doprawdy nie wiem, czemu, nie przepadając za imbirem, często jem coś, co go zawiera.
Pomijając jednak okoliczności fotograficzne, samo Restaurant Day to bardzo zacna inicjatywa. Osiem jednodniowych restauracji to niezła okazja do spróbowania różnych pyszności przygotowywanych nie tylko przez profesjonalistów, ale też amatorów-pasjonatów gotowania.
A na miejscu spotkałam
Justynę, uskuteczniłyśmy więc małe, blogerskie pogaduchy przy ciachu. Wiadomo, co dwie rude, to nie jedna ;)
PS. To chyba aparat mnie tak zaświecił na pomarańczowo. Na żywo aż tak mi się czupryna nie ogni :)