31 sierpnia 2010

Impreza pod krzyżem

Pierwszoligowej biby w kraju nie można ominąć, szczególnie jeśli akurat jest się w stolicy. Zwiedzanie pełną gębą :) szkoda mi Krakowskiego Przedmieścia, ładne miejsce, a tak zniszczone.


Za to bardzo, BARDZO! podoba mi się przenikanie kultury internetu do realu. Facebook zmiótł wszystkie inne transparenty :D

30 sierpnia 2010

Nad chmurami

Od czasu do czasu można pobujać w obłokach.

24 sierpnia 2010

Singielka

Po lekturze tej książki przypomniałam sobie, dlaczego miałam nie sięgać nigdy po poradniki.


„Singielkę” Patrici Gucci dostałam w redakcji, a w sieci można znaleźć opinię, że to  "ciekawa książka, która daje plan działania". Przebrnęłam przez pierwsze pięć rozdziałów, pozostałe byłam zmuszona przekartkować. Nie wiem dlaczego autorka traktuje inne kobiety jak idiotki.  Ja przynajmniej tak się poczułam. Banał wylewa się hektolitrami. Trudno nie odnieść wrażenia, że Gucci poucza kobiety w sposób, który można znaleźć w pierwszym lepszym Cosmo, a w sieci roi się od historii i porad. 
Nie znam kobiety, której życiowym priorytetem jest znalezienie męża (albo tego nie dostrzegam? Jak to jest?), ani takich, które bez faceta u boku czują się jak niepełnosprawne. Trudno mi zrozumieć taką postawę, a jeszcze trudniej mi zrozumieć poradnik, który w jednym rozdziale pociesza załamane dziewczyny, w drugim radzi, jak dać popalić natrętnym amatorom, a w trzecim doradza, co mówić by zyskać sympatię mężczyzn. Chyba jestem z innej planety.
Dlaczego niektóre kobiety tłumaczą sobie własne porażki zazdrością innych kobiet? Dlaczego mają zamiłowanie do dzielenia mężczyzn na różne typy i pod nich tworzą „strategię zdobywania”? Dlaczego niektóre kobiety muszą sobie wmawiać niezależność? Nie ogarniam.

Niżej kilka cytatów z książki.

„Nie obawiajcie się, że możecie się wydać aroganckie, wygłaszając sądy na temat inteligencji ostatnich puszących się przed wami „pawi”. Bądźcie celowo antypatyczne wobec tych, którzy pozwolą sobie wątpić, że same wywalczyłyście posiadanie pilota do telewizora. Jesteście singielkami z wyboru. Każdy krok w waszym życiu został skalkulowany.”

„Związek partnerski jest takim melancholijnym wybiegiem dla singielki. Dobrze się zastanówcie: kopiować we wszystkim i całkowicie małżeństwo, nie mając nawet nadziei na alimenty, kiedy się skończy (a na to nigdy nie jest za wcześnie). Trzeba być naprawdę przewrotną, żeby znosić osła, który snuje się wokół was, nie wysiliwszy się nawet na wypowiedzenie prostego >>Tak<< w obliczu urzędnika stanu cywilnego albo księdza.”

„Szczęśliwa singielka lubi gotować, zapraszać przyjaciół na kolację, ponieważ przygotowywanie jedzenia oznacza także biesiadowanie (…) Odpowiadajcie: >>Uwielbim pichcić<< każdemu, kto was o to zapyta, a zdobędziecie u niego punkty. Kobieta, która nie lubi gotować, wzbudza nieufność wśród mężczyzn, ponieważ wnioskują, że jest niezbyt szczodra, a u innych kobiet zaś, bo uznają ją za niemodną (…), znajdując na to dodatkowy dowód w tym, że rzeczona singielka nie zdołała upolować sobie jakiegokolwiek męża.”.

„Samotne dziewczyny przyciągają spojrzenia, przede wszystkim kolegów. Ale również kobiety nieustannie was monitorują. Chodzi prawdopodobnie o zazdrość, bo po skończonej pracy nie musicie biec do domu i zajmować się codzienną rutyną.”

„Plaster mortadeli na pięknie zastawionym stole jest dziełem sztuki, podobnie jak kolacja singielki – a szerzej, jej życie – jest apoteozą doskonałości, tryumfem harmonii, rytualną celebracją savoir-vivre'u przy stole. (…) Można się cieszyć maksymalną swobodą, niekoniecznie rozwalając się jak krowa, i zamiast jeść kolację samotnie, czuć się tak, jakby się było na przyjęciu dla stu osób w ambasadzie.”

To ja wolę jednak starą, dobrą Bridget.

21 sierpnia 2010

καλημέρα! Czyli mój mały reset

Tej notki miało nie być, ale niestety, wenie się nie odmawia :) Ostrzegam, wpis będzie dość długi, więc jeśli kogoś nie interesują moje nudne wynurzenia, może z czystym sumieniem przewinąć od razu do zdjęć i cieszyć oko ładnymi widokami.

A jest na co patrzeć. Grecja to piękny kraj, a ja drugi raz miałam okazję się tam znaleźć. I na pewno nie ostatni, bo coraz bardziej fascynuje mnie grecka kultura. Ale od początku. Urlop traktowałam jak reset. Nie planowałam żadnych objazdowych wycieczek, w zasadzie to nie planowałam nic. Było mi wszystko jedno, chciałam po prostu się wyciszyć, nie robić nic, zapomnieć o pracy i o codzienności. Dopiero w samolocie uświadomiłam sobie, że oto przede mną dwa tygodnie cudownego resetowania się na Rodos. Przed wyjazdem nie miałam nawet czasu przeczytać informacji o wyspie, skończyłam jedynie na zdawkowych informacjach z biura podróży, z których zapamiętałam jedynie, że w Grecji nie wrzuca się papieru toaletowego do muszli klozetowej, czego turyści i tak nie przestrzegają. Fascynujące, wiem :D Na wakacje wybrałam się bez stroju kąpielowego, bez książki, czego niesamowicie później żałowałam, i z niepełną "empetrójką", ale co tam. To wszystko było nieważne. Jechałam w końcu na wymarzony urlop!

Pierwsze wrażenie? Bardzo ciężkie, trochę słodkawe powietrze i niesamowita wilgoć. Szybko zrobiło się ciemno (słońce zachodzi w ciągu paru minut, jeśli ktoś liczy na romantyczne zachody słońca - przeliczy się). W hotelu zameldowałyśmy się późnym wieczorem, było już po kolacji, więc na głodniaka wciągałyśmy drink za drinkiem ciesząc się, że - za przeproszeniem - możemy mieć wszystko w szanownych czterech literach.

Hotel był bardzo kameralny, a sama miejscowość (Theologos) - malutka. Dla mnie to duży plus. Nie przepadam za "wypasionymi" hotelami, bo raz, że drogo ;) a dwa, że mimo swojej "wypasioności", nie da się w nich wypocząć. Pełno ludzi, walka o leżaki, pięciu sąsiadów, z których co najmniej trzech ma małe, wrzeszczące dziecko, to nie jest szczyt moich wymarzonych wakacji. A w Theologos było cicho i spokojnie, taki Ciechocinek ;) Może trochę zabrakło mi choćby jednego klubu czy pubu, ale szczerze... to tak naprawdę nie robi mi to różnicy. Bawić mogę się wszędzie, a 40-stopniowe upały zachęcały jedynie do obijania się. Poza tym mili ludzie, moim zdaniem fantastyczna obsługa, która dzięki kameralności hotelu od razu wiedziała, komu jakie drinki podawać. Morze niesamowicie słone, na plaży kamienie, które pozbawiły życia trzy pary moich butów, piękne kwiaty wokół hotelu i koty. Wszędzie koty! 

Jestem zachwycona i zresetowana :) Wróciłam do rzeczywistości równie szybko, jak się z niej wybiłam, ale to w sumie dobrze. Mam mnóstwo planów, a przedwyjazdowe problemy wydają mi się błahostkami. Uśmiecham się sama do siebie i wiem, że to oznaka wypoczęcia :) Jest mi po prostu lżej i właśnie o to chodziło. A na przyszły rok planuję wakacje na własną rękę, już bez biur podróży i tych wszystkich formułkowych rezydentów. Też nie ważne gdzie, chociaż... może Turcja?

Z wakacji przywiozłyśmy ponad 3 GB zdjęć. Nie stawiałam sobie za cel przemyślanych fotek. Tak, to zwykłe zdjęcia z wycieczek i codziennego leniuchowania, nic więcej. Wkleję tylko niewielką część, reszta jest dla mnie, moja prywatna pamiątka. Kilkadziesiąt trafi na tradycyjne odbitki.


Pełen relaks ;)))

Idę spać. "Ciechocinek" wymusił na mnie zdrowy tryb życia (regularne, zdrowe posiłki, długi sen), szkoda byłoby to zmarnować ;)

04 sierpnia 2010

Kolejna sowa

Podobają mi się :)))


I mała ciekawostka. Mamy własnego, wrocławskiego Wallego! :D