Tej notki miało nie być, ale niestety, wenie się nie odmawia :) Ostrzegam, wpis będzie dość długi, więc jeśli kogoś nie interesują moje nudne wynurzenia, może z czystym sumieniem przewinąć od razu do zdjęć i cieszyć oko ładnymi widokami.
A jest na co patrzeć. Grecja to piękny kraj, a ja drugi raz miałam okazję się tam znaleźć. I na pewno nie ostatni, bo coraz bardziej fascynuje mnie grecka kultura. Ale od początku. Urlop traktowałam jak reset. Nie planowałam żadnych objazdowych wycieczek, w zasadzie to nie planowałam nic. Było mi wszystko jedno, chciałam po prostu się wyciszyć, nie robić nic, zapomnieć o pracy i o codzienności. Dopiero w samolocie uświadomiłam sobie, że oto przede mną dwa tygodnie cudownego resetowania się na Rodos. Przed wyjazdem nie miałam nawet czasu przeczytać informacji o wyspie, skończyłam jedynie na zdawkowych informacjach z biura podróży, z których zapamiętałam jedynie, że w Grecji nie wrzuca się papieru toaletowego do muszli klozetowej, czego turyści i tak nie przestrzegają. Fascynujące, wiem :D Na wakacje wybrałam się bez stroju kąpielowego, bez książki, czego niesamowicie później żałowałam, i z niepełną "empetrójką", ale co tam. To wszystko było nieważne. Jechałam w końcu na wymarzony urlop!
Pierwsze wrażenie? Bardzo ciężkie, trochę słodkawe powietrze i niesamowita wilgoć. Szybko zrobiło się ciemno (słońce zachodzi w ciągu paru minut, jeśli ktoś liczy na romantyczne zachody słońca - przeliczy się). W hotelu zameldowałyśmy się późnym wieczorem, było już po kolacji, więc na głodniaka wciągałyśmy drink za drinkiem ciesząc się, że - za przeproszeniem - możemy mieć wszystko w szanownych czterech literach.
Hotel był bardzo kameralny, a sama miejscowość (Theologos) - malutka. Dla mnie to duży plus. Nie przepadam za "wypasionymi" hotelami, bo raz, że drogo ;) a dwa, że mimo swojej "wypasioności", nie da się w nich wypocząć. Pełno ludzi, walka o leżaki, pięciu sąsiadów, z których co najmniej trzech ma małe, wrzeszczące dziecko, to nie jest szczyt moich wymarzonych wakacji. A w Theologos było cicho i spokojnie, taki Ciechocinek ;) Może trochę zabrakło mi choćby jednego klubu czy pubu, ale szczerze... to tak naprawdę nie robi mi to różnicy. Bawić mogę się wszędzie, a 40-stopniowe upały zachęcały jedynie do obijania się. Poza tym mili ludzie, moim zdaniem fantastyczna obsługa, która dzięki kameralności hotelu od razu wiedziała, komu jakie drinki podawać. Morze niesamowicie słone, na plaży kamienie, które pozbawiły życia trzy pary moich butów, piękne kwiaty wokół hotelu i koty. Wszędzie koty!
Jestem zachwycona i zresetowana :) Wróciłam do rzeczywistości równie szybko, jak się z niej wybiłam, ale to w sumie dobrze. Mam mnóstwo planów, a przedwyjazdowe problemy wydają mi się błahostkami. Uśmiecham się sama do siebie i wiem, że to oznaka wypoczęcia :) Jest mi po prostu lżej i właśnie o to chodziło. A na przyszły rok planuję wakacje na własną rękę, już bez biur podróży i tych wszystkich formułkowych rezydentów. Też nie ważne gdzie, chociaż... może Turcja?
Z wakacji przywiozłyśmy ponad 3 GB zdjęć. Nie stawiałam sobie za cel przemyślanych fotek. Tak, to zwykłe zdjęcia z wycieczek i codziennego leniuchowania, nic więcej. Wkleję tylko niewielką część, reszta jest dla mnie, moja prywatna pamiątka. Kilkadziesiąt trafi na tradycyjne odbitki.
Pełen relaks ;)))
Idę spać. "Ciechocinek" wymusił na mnie zdrowy tryb życia (regularne, zdrowe posiłki, długi sen), szkoda byłoby to zmarnować ;)