12 stycznia 2012
10 stycznia 2012
08 stycznia 2012
Kwadrat w studio
Coraz bardziej pragnę zaaranżować swój pokój w małe studio. Marzy mi się czarne tło, ale miejsca niestety brak. Na razie kombinujemy, jakby tu zaradzić potrzebie domowymi sposobami. Nie mówię o lampach, bo to marzenie chyba najbardziej odległe ;) ale kilka pomysłów w głowie jest.
A tak wygląda pierwsza zabawa w studio Kwadratu. I tak, wiem że jest ziarno:) nie podłączałam aparatu do lamp.
05 stycznia 2012
12 zdjęć, mnóstwo wspomnień. Moje podsumowanie
Do tego wpisu zainspirowała mnie Agnieszka. Bo choć zbrzydły mi już wszystkie podsumowania, to jednak uważam, że rozłożenie na części pierwsze minionego roku w moim życiu dowodzi, że nie był tenże rok taki zły, jak go malowałam wcześniej. Mimo wielu smutków, stresu i nerwów, było równie dużo cudownych chwil. I, jak napisała Agnieszka, te właśnie dobre chwile chcę zapamiętać. Choćby po to, by wrócić do tego wpisu i szybko sobie o nich przypomnieć, w momencie, gdy akurat będę coś niepotrzebnie rozpamiętywać.
Bywało lepiej i gorzej, były osoby, z którymi musiałam zakończyć znajomość, ale za to pojawiło się mnóstwo innych, życzliwych ludzi. Nie było porządnych wakacji, ale za to miałam kilka krótszych wyjazdów. Mój 2011 rok w dwunastu obrazkach, po jednym na każdy miesiąc.
Styczeń przywalił na dzień dobry z grubej rury, bo każde, nawet najmniejsze wydarzenie z tego miesiąca miało jakiś wpływ na to, co działo się później. Jest w tym jednak duży plus: jestem zdecydowanie bardziej odporna na niesprzyjające mi czynniki, przede wszystkim te zawodowe. Poza tym schudłam 6kg :D W styczniu nie robiłam wielu zdjęć. Dopadł mnie sen zimowy, jednak pamiętam spacer po Pergoli z Pauliną. I niemalże już tradycyjną, wspólną pizzę na Biskupinie.
Luty to z kolei odkrywanie fotograficznych możliwości ajfona. To także moje urodziny wraz z szeregiem imprez u drugiej Pauliny, kiedy to pierwszy i ostatni raz w życiu zapaliłam zioło i nic nie pamiętałam. Może to nawet lepiej.
Marzec to miesiąc decyzji. Również podejmowanych przez innych, ale nie bez wpływu na moje życie. W marcu postanowiłam wyprowadzić się od mamy i zamieszkać u Pauliny (nigdy nie zapomnę sterty ciuchów na podłodze i bezradności "co z tym do cholery zrobić", doprawdy, przeprowadzki są straszne). Był to też miesiąc, który dałam sobie na przeczekanie, bo od kwietnia wszystko się miało zmienić.
I się zmieniło... Kwiecień to chyba właściwy początek mojego 2011 roku. Zmieniło się wszystko, zaczynając ode mnie. Nie piszę wielu szczegółów, bo chyba też nie o to chodzi. W każdym razie poznałam wielu ludzi, ciekawych i inspirujących. Uświadomiłam sobie, nie kryjąc przy tym lekkiej nuty egoizmu, że jestem jednak fajną babką ;) Poza tym zobaczyłam Wrocław z lotu ptaka, a także odwiedziłam Warszawę, by uwiecznić manifestacje i zamieszki pod Pałacem Prezydenckim.
Maj wspominam bardzo miło. Bo jak maj, to przede wszystkim majówka. I to nie w byle jakim miejscu, tylko w Nowej Wsi niedaleko Międzygórza. Piękne okolice to jedno, ale najważniejsi byli ludzie. To zdecydowanie chyba najlepsza wycieczka ubiegłego roku, na której poznałam między innymi dziewczyny z Poznania. Odwiedziłam je już tydzień później i jadłam u nich pyszne ciasto. I Poznań jest fajny! W maju miałam również okazję zobaczyć Złoty Stok i wziąć udział w małym survivalu w kopalni.
Czerwiec to chwilowy zastój w robieniu zdjęć - brak natchnienia i chęć odsapnięcia. Przeczytałam jedną z notek na blogu z tamtego okresu i się uśmiechnęłam: "Idę ulicą i się uśmiecham :) mam mnóstwo energii. Spotykam na swojej drodze tak świetnych ludzi, że zamulanie w czterech ścianach byłoby grzechem.". I to chyba najlepiej oddaje mój ówczesny stan :)
Lipiec to celebrowanie Wrocławia latem. Pływałam po Odrze rowerkiem wodnym, razem z Darią chadzałyśmy do Muffiniarni, wsłuchiwałam się w Apocalyptikę na Pergoli. I pierwszy raz założyłam moją kolorową sukienkę, którą zmiotłam połowę wrocławskich chodników.
Sierpień to prawdziwa gonitwa. W ciągu jednego dnia zdecydowałam, że jedziemy z Darią i Adamem nad morze na weekend. Skompresowałam swoje wakacje w dwa intensywne dni przechodzone w kiczowatych różowych japonkach, opaliłam się na skwarka, spróbowałam niebieskiej, ohydnej gumy z automatu dla dzieci i wróciłam przeszczęśliwa. Później wyjazd do Warszawy, kilka miłych dni i niedługi wypad nad Zegrze. Sierpień to także jedna z pierwszych poważniejszych sesji fotograficznych i podjęcie decyzji, że chcę spróbować dostać się do szkoły fotograficznej.
I we wrześniu się do niej dostałam ;) Co uważam chyba za najlepszą rzecz, jaka mnie spotkała w 2011 roku. Przede wszystkim dlatego, że zupełnie zmieniła moje podejście do fotografii (na lepsze), zmotywowała do bardzo intensywnej nauki, szukania różnych sposobów, pomysłów, kreatywności. I upewniła mnie, że aparat fotograficzny mam przyrośnięty do ręki i nie powinnam go sobie odcinać, a megabajty zdjęć powinny płynąć dożylnie. Bo nawet jeśli mi coś nie wychodzi, to i tak sprawia mi ogromną radość, a to jest chyba najważniejsze.
Październik to mieszanka dobrych i złych emocji. Dobrych, bo znów odwiedziłam Poznań, tym razem służbowo (choć after party pokonferencyjne świadczy jednak, że niekoniecznie tylko służbowo). Znów poznałam inspirujących ludzi. I, przez chwilę, byłam niemalże spakowana i wyprowadzona ponownie do Warszawy. Plany zmieniają się jednak z minuty na minutę i jak widać wciąż urzęduję w ukochanym Wrocławiu. O złych emocjach też chcę wspomnieć. A dokładnie o jednej. W październiku pożegnałam niestety mojego ukochanego zwierzaka...
Listopad to kolejne wyjazdy, ponownie na Dolnym Śląsku. Pierwszy do Przesieki na plener fotograficzny, drugi do Zieleńca. W górach śniegu brak. Za to po powrocie z Przesieki zupełnie zbzikowałam na punkcie zdjęć. Do tego stopnia, że jak codziennie nie obejrzę choćby jednej, małej galerii w sieci, to jest mi źle, nie mówiąc o własnym pstrykaniu. Drugi sukces: zaprzyjaźniłam się z fotografią analogową. Poza tym znów Warszawa i chyba mój najlepszy pobyt w stolicy jak dotąd ;)
Grudzień, wiadomo, pamiętam najlepiej. Dwa "nowe" aparaty zawitały do mojej fotograficznej torby: analogowy Canon i stary Zenit (czy dobry, to się okaże jak w końcu uda mi się kupić baterie). Poza tym grudzień to znów wyjazd, tym razem do Chorzowa na sesję zdjęciową, eksperymenty z aparatem podczas zasłużonego urlopu, wizyta w Imparcie na "Leningradzie", na który idę drugi raz w styczniu. Mnóstwo zdjęć i pierwsza wywołana klisza. A nowy rok przywitany wielką butelką Martini.
I oby 2012 był równie udany.
03 stycznia 2012
Po godzinach
Redakcja po zmroku, widziana moim obiektywem. Ten rok będzie - mam nadzieję - mocno związany z pracą. Mam mnóstwo pomysłów, niektóre zaczęłam realizować już teraz. Myślę, że sporo się zmieni. Na ostatnim zdjęciu, w tym całym bajzlu, widać gdzieś moje biurko. Ale przez lustrzane odbicie nie potrafię go zlokalizować ;)
Witam w 2012! :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

























