Po trzech latach wróciłam na Slot. I już wiem, że będę tam też w przyszłym roku, jeśli okoliczności dopiszą. Drugiego tak pozytywnego festiwalu chyba nie ma. Jestem na Slocie i znika mi wszelka złośliwość, uszczypliwość, łagodnieję, może to zasługa lekkiego odcięcia od świata. Brak alkoholu, prysznica i zasięgu wspominam naprawdę wspaniale. Taki odwyk od codzienności, która mnie właśnie przytłoczyła, mógłby trwać znacznie dłużej (choć nie ukrywam, chociaż raz burza, deszcz i nawałnice mogłyby Slotowi odpuścić).
Wylegiwałam się pod Platanem, skakałam na koncertach, słuchałam wykładów. Trochę mniej w tym roku warsztatowałam, ale przyglądanie się pracy innych i fotografowanie ich w trakcie jest równie fajne. Jadłam pyszną samosę ze stoiska Najadaczy (ponoć mają stacjonarną knajpkę we Wro, trzeba sprawdzić), piłam nieziemską wręcz herbatę w namiocie wschodnim i... zatrułam się pieczarkosem, który kiedyś był slotowym hitem, teraz jednak zdecydowanie odradzam. Zaliczyłam wizytę w punkcie medycznym :)
Uczyłam się trochę kręcić poi, ale cóż, mój zapał szybko ostygł, jak zobaczyłam lepszych od siebie i gdy siniaki na moich nogach przekroczyły dopuszczalną wielkość. Ale postanowienie jest, że ćwiczę, kupiłam własne poiki i do przyszłego roku chcę się podszkolić, żeby nie stać i nie gapić się z opadniętą szczęką na innych.
Czułam się też trochę jak na koloniach w podstawówce, w momencie, gdy kogoś poznajesz, kto wyjeżdża przed tobą, żegnacie się i mówicie "do zobaczenia za rok". Normalne, że na koloniach nigdy tego "za rok" nie ma. Ale w przypadku Slotu wierzę, że faktycznie się spotkamy w Lubiążu w 2013 :)






















































