Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malmö. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malmö. Pokaż wszystkie posty

12 marca 2012

Po drugiej stronie Bałtyku, czyli wycieczka do Malmö

Cztery bardzo intensywnie spędzone dni, z czego półtora dnia w Szwecji, sprawiły, że działam obecnie w trybie zombie. Organizm powoli odmawia współpracy, ale endorfiny wciąż buzują i krzyczą "więcej energii!!!". A tej mi w ostatnich dniach nie brakowało. W sobotni poranek na warszawskim Okęciu zawitała grupa dziesięciu mocno szajbniętych ludków, którzy za kwotę 8,95 zł nabyli bilety lotnicze w obie strony do Szwecji. A dokładniej mówiąc do Malmö - całkiem sporej jak na szwedzkie miasta miejscowości. Zaopatrzywszy się w bezcłowej strefie w wewnętrzne ogrzewacze, żwawym krokiem ruszyli w stronę "BEJinga" by rozpocząć relaks.

Na początek mgła i deszcz, a właściwie powietrzne mleko, lekko utrudniły lądowanie, ale część dzielnych podróżników rozweselała samolotowe towarzystwo śpiewając "Spadam". Po szczęśliwym lądowaniu rozległy się oklaski z jednoczesnym westchnięciem, że Polacy to się chyba nigdy nie nauczą. Ale co tam. Powoli wychodziło słońce ;) Szybka (i droga) kawa na Centralstation i można ruszać zwiedzać. Najpierw port i ogarnięcie, że niemalże w każdym szwedzkim oknie nie ma firanek, za to na parapetach stoją lampki nocne. Cały dzień zajęło nam rozkminianie, dlaczego tak, ostatecznie powstały ze dwie różne wersje, a najbardziej prawdopodobna jest chyba ta, że światło odstrasza złe moce, podczas gdy firanka nie ma już takich właściwości.

Część ekipy pojechała do Kopenhagi, reszta została w Malmö udając się na długi spacer po starówce. Zahaczając również o pożywny obiad typu fast food w Burger Kingu, w którym lekko śmierdziało, ale było całkiem niedrogo. Niedrogo jak na Szwecję, rzecz jasna, bo kwoty dla polskich turystów są w sumie całkiem zabójcze.

Pominę kilka szczegółów wyjazdu :) powiem tylko, że udało nam się rozjebać system! W nocy koczowaliśmy na lotnisku. Podłączyliśmy do gniazdka grzałkę, żeby zrobić herbatę, i ze dwie ładowarki. Trzy minuty później całe lotnisko pogrążyło się w ciemnościach. Wysiadł prąd. Zupełnie. Całkowicie. Nic. Null. Czarność nad czarnościami. Polscy turyści w śmiech, bo przecież tylko grzałka. Dobrze, że nic w tym czasie nie lądowało... ;) bierzemy winę na siebie, choć powód chyba był inny. Ochroniarz nas przeprosił w krótkich, żołnierskich słowach "shit, we have no power". Po czym wyjebało korki jeszcze z pięć razy.

Najpiękniejszy widok mieli jednak Szwedzi, którzy między 5 a 6 rano w niedzielę lecieli do Egiptu. Na hali lotniska zastali dziesięć osób śpiących na grzejnikach (całkiem wygodne, srsly), przykrytych kurtkami, nieprzytomnych, z reklamówką z Lidla obok. Poziom żulerstwa 13/10 ;)))

Wróciłam do domu w poniedziałek o 5:30 pekapem i z ręką na sercu stwierdzam, że sto razy bardziej wolę koczowanie na lotnisku 12 godzin, niż leżenie z zamkniętymi oczami w polskim  pociągu 8,5 godziny, spóźnionym już na stacji startowej. A może po prostu odzwyczaiłam się od swojego pociągowego trybu życia.

Niżej pierwsza porcja zdjęć. Pierwsza, czyli z Malmö. Na kolejne dni czeka Warszawa, w której też się trochę działo (aczkolwiek mniej bejowsko) i Gdańsk. Więcej zdjęć, ponad 200, na mojej Picasie jak zawsze.




































I jeszcze kilka podpunktów:
1. Czy hot dog w szwedzkiej Ikei też kosztuje złotówkę? Nie udało się ustalić empirycznie.
2. Mają tam Sprite Light.
3. Szwedzi wcale nie są przystojni, a Polki mają ładniejsze cycki od Szwedek.
4. Słowo "bej" proszę sobie wyguglać.
5. Do posłuchania hit wycieczki, czyli zespół, którego płytę dziewczyny nabyły za 10 koron. Rozpoczynamy właśnie ich kampanię marketingową w PL: