Zaczęło się rok temu, gdy po pewnym przykrym incydencie potrzebowałam się uspokoić i nabrać dystansu. Mimo że w ogóle nie chodziłam po górach, nie miałam kondycji, pogoda była koszmarna i nie byłam zupełnie przygotowana, poszłam w te nieszczęsne góry pełna determinacji. Mimo deszczu, porywistego wiatru i zimna szłam pod górę, bo przecież jak to, ja nie dam rady? Na sam szczyt nie dotarłam, bo po drodze stałam się jedną wielką kałużą wody i gradu. Wyprawa ta jednak uświadomiła mi, że upór bardzo przybliża do celu. Celem nie był szczyt, tylko nabranie dystansu. Przy okazji nabrałam również pewności, że wrócę na ten szlak - problemy po drodze znikają, a góry z pewnością będą na miejscu jeszcze przez jakiś czas.
Nie wiem, co mi się wtedy poprzestawiało w głowie, może wypiłam za dużo grzańca. Poprzestawiało na tyle, że w ciągu ostatnich paru miesięcy inne rejony świata mogłyby dla mnie praktycznie nie istnieć. Fajnie jest polecieć do Amsterdamu, super się siedzi na plaży w Sopocie, ale odkryłam, że prawdziwą satysfakcję daje mi świadomość, że pokonuję kolejne stopnie pod górę i mogę spojrzeć na świat ze szczytu. Jaki by nie był, zdobycie go to moja własna praca, nie samolotu, nie pociągu ani tym bardziej taksówki, tylko moich nóg, które idą dokładnie tam, gdzie ja chcę. Jest w górach jakaś wolność. Panuje zupełnie inny klimat. Na szlaku każdy mówi dzień dobry, zawsze, każdemu. Ludzie się przepuszczają w wąskich przejściach, gdy ktoś idzie trochę wolniej. Możesz się przysiąść do czyjegoś stolika w schronisku i bez problemu zagadać, o cokolwiek. Możesz iść po ścieżce obok matki z pięcioletnim dzieckiem i rozmawiać z maluchem o fotografii, bo okazuje się, że dzieciak całkiem sporo ogarnia. W górach panuje po prostu sympatyczna atmosfera, może dlatego, że gdy nocujesz w schronisku, to nie ważne, ile masz pieniędzy, jaką pracę i jaki smartfon w kieszeni - zawsze masz taki sam pokój jak inni, z dokupioną za 7 zł pościelą, jesz te same paskudne parówki na śniadanie, też przy kawie studiujesz mapę i może ci się przypadkiem włączyć czeski roaming. Mam wrażenie, że świat w górach jest prawdziwszy, bo na szczycie zostaje człowiek w otoczeniu tylko tych rzeczy, które jest w stanie sam na górę wnieść. Wszyscy są podobni i chyba to sprawia, że w jakiś bliżej nieokreślony sposób jesteśmy sobie bardziej przychylni.
Nie to, że nad morzem czy w miastach jest źle. Ale jakoś nie wyobrażam sobie, że w ten sam sposób, co do stolika w górskim schronisku, dosiada się do mnie bananowa młodzież w sopockiej Zatoce Sztuki. Pomijając, że nigdy nie będzie w niej tak cicho, jak przy zachodzie słońca na szczycie góry.
Nadal nie uważam się za obeznanego w temacie górołaza, wręcz przeciwnie, wciąż byłam w górach tylko kilka razy, ale chyba wsiąkłam na dobre. Nie wiem, dlaczego wcześniej nie lubiłam gór. Może zawsze pokutowało we mnie przekonanie, że nie dam rady, że to męczące, że po co się tak pocić. Jednak jak się już upocisz i zrobisz te parę kilometrów, to satysfakcja jest tak ogromna, że nie da się jej do niczego porównać. Oczywiście, że jest się zmęczonym i ma się "wszystkiego serdecznie kurwa dość" przy końcowym podejściu. Ale ile przy tym wydziela się endorfin!
W ostatni weekend sierpnia, po równo 20 latach (jak to brzmi!) weszłam znów na Szrenicę. To znaczy - o ile pamiętam - to poprzednim razem jednak wjechałam wyciągiem. Tym razem po szlaku prowadziły mnie moje nogi w zniszczonych już bardzo butach. Marzyłam o tym, by w schronisku na szczycie zjeść kultowe naleśniki z serem, śmietaną i jagodami. I udało się, choć jagody, wiadomo, to nie to samo, co 20 lat temu. Zamiast świeżych owoców na talerzu znalazłam kisiel i trochę jagodowej mazi, ale było to wtedy kompletnie nieistotne, bo oto stał przede mną peerelowski talerz z duraleksu z dwoma wielkimi naleśnikami, butla piwa, a za oknem ustawał deszcz i dało się zaobserwować lekki fen i naprawdę, szaleńcza radość była blisko.
Pierwszy raz oglądałam zachód słońca na szczycie. Dobra pogoda i przewijające się przez niebo chmury zafundowały mi spektakl świateł, pośród których wędrowały niższe szczyty Karkonoszy po czeskiej stronie. I mimo że uwielbiam zachody słońca nad wodą, tak po ostatniej wizycie w górach, na mojej liście morze i jeziora zdecydowanie spadają na dalsze miejsce. Wyjątkiem są chyba tylko zachody w Skandynawii, ale to już inna bajka.
Słońce zachodziło dobrą godzinę, a nawet po upływie tego czasu nie zrobiło się całkowicie ciemno. Oczy przyzwyczajały się do zmiany światła i jeszcze po godzinie 21 dało się dostrzec ostatnich pieszych wędrujących do schroniska. Wieczorem przeszliśmy jeszcze cztery kilometry - na czeską stronę, mijając ciekawe skałki (o uroczej nazwie Trzy Świnki) i doszliśmy do Voseckiej Boudy, bardzo klimatycznego, drewnianego schroniska. Można było iść dalej, ale cóż, nikt nie miał latarki. Wiadomo, mieszczuchy w górach ;)
Drugiego dnia, po zjedzeniu na śniadanie bezsmakowych parówek, ruszyliśmy w stronę Szklarskiej Poręby. Po drodze zeszliśmy na herbatę do schroniska Pod Łabskim Szczytem, nad którym królują rogi jelenia, a do herbaty Lipton trzeba dopłacić złotówkę. Dalej niebieskim szlakiem, momentami dość stromym, biegnącym przez las. Tu zaskoczyła nas mapa, która wskazywała, że zejście zajmie nam około 50 minut, a tymczasem na miejscu pod wodospadem Szklarki byliśmy po dwóch godzinach. Urok tego szlaku polega jednak na tym, że jest praktycznie pusty, a po drodze można napotkać na świetne miejsce przy strumyku, gdzie można zdjąć buty, brodzić po kostki w wodzie i udawać, że wcale nie jest zimno.
Schroniskowe jedzenie zasługuje chyba na osobną galerię zdjęć. W kolejnym zjadłam pyszny, domowy obiad, który wraz z grzanym piwem w zestawie kosztował mnie niewiele ponad 20 złotych. Siedząc przy stole otaczały mnie górskie obrazy na sprzedaż, przeróżne bibeloty mniej i więcej warte, ale największy urok miał zdecydowanie drewniany posąg Karkonosza, postawiony przed wejściem ku uciesze turystów, czyli również mojej (oczywiście, że zrobiłam mu zdjęcie). O wodospadzie nie wspominam, bo może i piękny, ale ogrodzony, a jakoś nie przepadam za barierkami, przy których można tylko stanąć i się oprzeć.
Ten jeden, weekendowy wyjazd pozwolił zaplanować kolejne trasy po Sudetach, które pierwotnie chciałam przejść dopiero wiosną, ale chyba nie wytrzymam. Już wiem, że nie wytrzymam.
Przeczytałam dziś na fb komentarz pod zdjęciem znajomej, że góry są wystarczająco wysokie, by spojrzeć na życie z właściwej perspektywy. Podpisuję się pod tym wszystkimi obolałymi kończynami.
Nie wiem, co mi się wtedy poprzestawiało w głowie, może wypiłam za dużo grzańca. Poprzestawiało na tyle, że w ciągu ostatnich paru miesięcy inne rejony świata mogłyby dla mnie praktycznie nie istnieć. Fajnie jest polecieć do Amsterdamu, super się siedzi na plaży w Sopocie, ale odkryłam, że prawdziwą satysfakcję daje mi świadomość, że pokonuję kolejne stopnie pod górę i mogę spojrzeć na świat ze szczytu. Jaki by nie był, zdobycie go to moja własna praca, nie samolotu, nie pociągu ani tym bardziej taksówki, tylko moich nóg, które idą dokładnie tam, gdzie ja chcę. Jest w górach jakaś wolność. Panuje zupełnie inny klimat. Na szlaku każdy mówi dzień dobry, zawsze, każdemu. Ludzie się przepuszczają w wąskich przejściach, gdy ktoś idzie trochę wolniej. Możesz się przysiąść do czyjegoś stolika w schronisku i bez problemu zagadać, o cokolwiek. Możesz iść po ścieżce obok matki z pięcioletnim dzieckiem i rozmawiać z maluchem o fotografii, bo okazuje się, że dzieciak całkiem sporo ogarnia. W górach panuje po prostu sympatyczna atmosfera, może dlatego, że gdy nocujesz w schronisku, to nie ważne, ile masz pieniędzy, jaką pracę i jaki smartfon w kieszeni - zawsze masz taki sam pokój jak inni, z dokupioną za 7 zł pościelą, jesz te same paskudne parówki na śniadanie, też przy kawie studiujesz mapę i może ci się przypadkiem włączyć czeski roaming. Mam wrażenie, że świat w górach jest prawdziwszy, bo na szczycie zostaje człowiek w otoczeniu tylko tych rzeczy, które jest w stanie sam na górę wnieść. Wszyscy są podobni i chyba to sprawia, że w jakiś bliżej nieokreślony sposób jesteśmy sobie bardziej przychylni.
Nie to, że nad morzem czy w miastach jest źle. Ale jakoś nie wyobrażam sobie, że w ten sam sposób, co do stolika w górskim schronisku, dosiada się do mnie bananowa młodzież w sopockiej Zatoce Sztuki. Pomijając, że nigdy nie będzie w niej tak cicho, jak przy zachodzie słońca na szczycie góry.
Nadal nie uważam się za obeznanego w temacie górołaza, wręcz przeciwnie, wciąż byłam w górach tylko kilka razy, ale chyba wsiąkłam na dobre. Nie wiem, dlaczego wcześniej nie lubiłam gór. Może zawsze pokutowało we mnie przekonanie, że nie dam rady, że to męczące, że po co się tak pocić. Jednak jak się już upocisz i zrobisz te parę kilometrów, to satysfakcja jest tak ogromna, że nie da się jej do niczego porównać. Oczywiście, że jest się zmęczonym i ma się "wszystkiego serdecznie kurwa dość" przy końcowym podejściu. Ale ile przy tym wydziela się endorfin!
W ostatni weekend sierpnia, po równo 20 latach (jak to brzmi!) weszłam znów na Szrenicę. To znaczy - o ile pamiętam - to poprzednim razem jednak wjechałam wyciągiem. Tym razem po szlaku prowadziły mnie moje nogi w zniszczonych już bardzo butach. Marzyłam o tym, by w schronisku na szczycie zjeść kultowe naleśniki z serem, śmietaną i jagodami. I udało się, choć jagody, wiadomo, to nie to samo, co 20 lat temu. Zamiast świeżych owoców na talerzu znalazłam kisiel i trochę jagodowej mazi, ale było to wtedy kompletnie nieistotne, bo oto stał przede mną peerelowski talerz z duraleksu z dwoma wielkimi naleśnikami, butla piwa, a za oknem ustawał deszcz i dało się zaobserwować lekki fen i naprawdę, szaleńcza radość była blisko.
Pierwszy raz oglądałam zachód słońca na szczycie. Dobra pogoda i przewijające się przez niebo chmury zafundowały mi spektakl świateł, pośród których wędrowały niższe szczyty Karkonoszy po czeskiej stronie. I mimo że uwielbiam zachody słońca nad wodą, tak po ostatniej wizycie w górach, na mojej liście morze i jeziora zdecydowanie spadają na dalsze miejsce. Wyjątkiem są chyba tylko zachody w Skandynawii, ale to już inna bajka.
Słońce zachodziło dobrą godzinę, a nawet po upływie tego czasu nie zrobiło się całkowicie ciemno. Oczy przyzwyczajały się do zmiany światła i jeszcze po godzinie 21 dało się dostrzec ostatnich pieszych wędrujących do schroniska. Wieczorem przeszliśmy jeszcze cztery kilometry - na czeską stronę, mijając ciekawe skałki (o uroczej nazwie Trzy Świnki) i doszliśmy do Voseckiej Boudy, bardzo klimatycznego, drewnianego schroniska. Można było iść dalej, ale cóż, nikt nie miał latarki. Wiadomo, mieszczuchy w górach ;)
Drugiego dnia, po zjedzeniu na śniadanie bezsmakowych parówek, ruszyliśmy w stronę Szklarskiej Poręby. Po drodze zeszliśmy na herbatę do schroniska Pod Łabskim Szczytem, nad którym królują rogi jelenia, a do herbaty Lipton trzeba dopłacić złotówkę. Dalej niebieskim szlakiem, momentami dość stromym, biegnącym przez las. Tu zaskoczyła nas mapa, która wskazywała, że zejście zajmie nam około 50 minut, a tymczasem na miejscu pod wodospadem Szklarki byliśmy po dwóch godzinach. Urok tego szlaku polega jednak na tym, że jest praktycznie pusty, a po drodze można napotkać na świetne miejsce przy strumyku, gdzie można zdjąć buty, brodzić po kostki w wodzie i udawać, że wcale nie jest zimno.
Schroniskowe jedzenie zasługuje chyba na osobną galerię zdjęć. W kolejnym zjadłam pyszny, domowy obiad, który wraz z grzanym piwem w zestawie kosztował mnie niewiele ponad 20 złotych. Siedząc przy stole otaczały mnie górskie obrazy na sprzedaż, przeróżne bibeloty mniej i więcej warte, ale największy urok miał zdecydowanie drewniany posąg Karkonosza, postawiony przed wejściem ku uciesze turystów, czyli również mojej (oczywiście, że zrobiłam mu zdjęcie). O wodospadzie nie wspominam, bo może i piękny, ale ogrodzony, a jakoś nie przepadam za barierkami, przy których można tylko stanąć i się oprzeć.
Ten jeden, weekendowy wyjazd pozwolił zaplanować kolejne trasy po Sudetach, które pierwotnie chciałam przejść dopiero wiosną, ale chyba nie wytrzymam. Już wiem, że nie wytrzymam.
Przeczytałam dziś na fb komentarz pod zdjęciem znajomej, że góry są wystarczająco wysokie, by spojrzeć na życie z właściwej perspektywy. Podpisuję się pod tym wszystkimi obolałymi kończynami.
















































