Będzie osobiście, emocjonalnie, cholernie długo i trochę patetycznie.
Poprzednie podsumowanie mojego roku skłoniło mnie do działań, o które bym się nie podejrzewała. Pierwszy raz udało mi się dotrzymać postanowienia noworocznego, i to do samego końca, w takim stopniu, że cały czas żałuję i nie dowierzam, że 2012 rok się już skończył, mając jednocześnie świadomość, że nowy będzie przynajmniej tak samo dobry, choć rozpoczął się nieokiełznanym chaosem.
A postanowienie było krótkie i treściwe: każdego miesiąca zrobić przynajmniej jedną rzecz, którą z ogromną przyjemnością i podekscytowaniem mogłabym wspominać. Niby banał, ale naprawdę, planując (albo i nie planując) wydarzenia, miałam to postanowienie z tyłu głowy i zawsze zastanawiałam się, w jaki sposób będę je wspominać. Priorytetem były wyjazdy, ale nie tylko, bo - jak się okazało - spotkało mnie w tym roku tyle wspaniałych rzeczy, że grzechem byłoby pisać tylko o zwiedzaniu i poznawaniu. Dla mnie to niesamowite, że na koniec roku mogę usiąść na podłodze w pokoju ze szklanką wina i powiedzieć sama do siebie z czystym sumieniem, że to był dobry rok, który mógłby się nie kończyć. Pierwszy raz mam taką sytuację, że jestem zadowolona absolutnie ze wszystkiego, mam właściwie same dobre wspomnienia, samych świetnych ludzi wokół siebie i chyba - mimo wszystko - masę szczęścia w życiu. Nawet, jeśli przypłacam to czasem przemęczeniem i krótkim snem.
Rozłożenie swojego roku na części pierwsze to również wspaniałe doświadczenie pokazujące, co było dla mnie ważne, na czym się skupiałam i czy chciałabym to kontynuować. Chyba chciałabym. Dobrze mi ze swoim życiem ;)
Mój 2012 rok w obrazkach.
Styczeń to dla mnie zawsze najbardziej kruchy miesiąc, jakiś taki ogólny czas przemyśleń i robienia niczego. I tak też było, choć muszę oczywiście wspomnieć, że to właśnie w styczniu, mniej więcej w połowie miesiąca stwierdziłam, że mój 2012 rok będzie wart zapamiętania. Do dziś pamiętam tę euforię małego odkrywcy, że postanowienie noworoczne nie musi brzmieć "będę chodzić na fitness", tylko faktycznie być realne do zrealizowania. To dla mnie mały przełom, choć nie wiążący się z żadnym konkretnym wydarzeniem.
Luty - miesiąc wspaniały z dwóch powodów. Po pierwsze w bardzo huczny sposób świętowałam 24 urodziny. Zawsze mi się wydawało, że słaba jestem w organizacji imprez, ale jak się okazało, nie organizacja gra w tym względzie pierwsze skrzypce. Na pierwszym planie są ludzie, a ci byli świetni i chyba nie skłamię, jeśli powiem, że niektórzy do dziś wspominają tę imprezę ;) ja też wspominam! Druga kwestia - nowy aparat. Zbierałam, zbierałam, aż w końcu rozbiłam świnkę skarbonkę i w 15 minut pozbyłam się ponad rocznych oszczędności. Nowy Canonie, witaj w domu. To była miłość od pierwszego wejrzenia i od tamtej pory praktycznie się nie rozstajemy, a przebieg migawki chyba osiągnął już niejeden punkt kulminacyjny.
Marzec był dla mnie bardzo intensywnym miesiącem. To dwie świetne podróże. Pierwsza do Szwecji, choć to bardzo skrócony obraz. Najpierw wsiadłam do samochodu do Warszawy, żeby z zespołem Janka odwiedzić studio nagrań, z Warszawy na lotnisko i stamtąd do Malmö. W Malmö spędzony jeden mroźny dzień, noc na lotnisku, rozwalenie miejscowego prądu i powrót do Gdańska. Pół mroźnego dnia nad morzem i cała noc w pociągu do Wrocławia, a z samego rana prosto do pracy. Niby nic szczególnego, ale... na cztery wyjazdowe dni zapakowałam się w jedną, zwykłą (acz dużą) damską torebkę, w której oprócz ciuchów na zmianę i paru kosmetyków zmieściłam jeszcze butelkę wina i wiśniówkę. Prawie nie spałam. A to był dopiero początek, bo dwa tygodnie później siedziałam już w pociągu do Częstochowy, skąd sunęłam prostą drogą na lotnisko w Pyrzowicach. Trzy godziny w samolocie i... z pełną świadomością mogłam zakochać się w Barcelonie. Zakochać na tyle, że planuję tam wrócić, być może równo rok po, czyli w marcu 2013.
Kwiecień to ponowny wyjazd nad polskie morze, tym razem do Kołobrzegu, gdzie spędziłam Wielkanoc i gdzie wymarzłam jak nigdy dotąd, naprawdę nie polecam wiosennych wypadów na tę wyspę zimna, gdzie pizga złem i śniegiem na wszystkie strony. Ale i tak było bardzo miło spędzony czas i mogę chyba śmiało powiedzieć, że dawno tak nie wypoczęłam, jak wtedy. Euforia i endorfiny przepełniały mnie wtedy do reszty, a wiosna to moja ulubiona pora roku, więc naprawdę, nie mogło być piękniej. We Wrocławiu z kolei odkryłam zakątki starej zajezdni, zwanej cmentarzem tramwajów, podczas kręcenia teledysku Janka, i tradycyjnie już wybrałam się na Leningrad przed dłuższą przerwą w uzależnieniu od tego spektaklu.
Maj obfitował w kolejne wyjazdy. Ale zanim o wyjazdach. Majówka była dla mnie intensywnym czasem, której wspomnienie zaczyna się wielką imprezą (Issh wypomniał mi w ubiegłym roku, że moje wspomnienia to pasmo imprezowania, coś w tym chyba jest), imprezą z niemałym blackoutem, a wspominam o niej tylko dlatego, że ten cały kac przyczynił się do poważnych rozmyślań nad tym, co ja właściwie chcę dalej w życiu robić. Serio, warto czasem wracać do domu o 7:30 rano i zrywać sąsiadom kwiaty bzu z ogródka - pomaga w poznawaniu sensu życia ;) a wyjazdy? Cudna majówka nad jeziorem w Niesulicach, która została zaplanowana dosłownie dzień przed. Świat znów okazał się mały, ale bardzo przyjazny. Maj to również warszawski lans konferencyjny, gdzie mogłam sobie zrobić zdjęcie z Brucem Dickinsonem z Iron Maiden (tak! muszę o tym wspomnieć!), a dwa dni później wylot do Mediolanu. Zjedliśmy włoską pizzę, zobaczyliśmy stadion San Siro. Kolejny nocleg na lotnisku, poranny powrót do Waw i dalej pociąg do Wro. Mało było w tym roku miesięcy, w których byłabym AŻ TAK niewyspana. A! I w maju zrobiłam się na rudo.
Czerwiec był spokojniejszy, chociaż w kontekście Euro 2012 to chyba złe słowo. Podchodziłam do Euro bardzo sceptycznie, ale szybko zweryfikowałam swoje podejście, gdy zobaczyłam tłumy Czechów na ulicach Wrocławia. Nigdy chyba nie było bardziej pozytywnego wydarzenia, które nawet takiego laika jak ja zmobilizowałoby do kupna koszulki z napisem "Polska" i darcia się pod telebimem w Strefie Kibica. Oficjalnie robiłam tylko zdjęcia ;) W czerwcu odwiedzili mnie Rafik z Qulkiem, biegałam z aparatem po ulicach Wrocławia ciesząc się jak dziecko, że mieszkam w tak fajnym mieście. A między tym całym szaleństwem skończyłam pierwszy rok szkoły, walcząc z wydrukami i odbitkami dzień przed rocznym przeglądem, jak zawsze na wariackich papierach.
Lipiec to kolejne pasmo wyjazdów, tym razem w Polsce. Zanim jednak wsiadłam w środek lokomocji, wybawiłam się na genialnym i trochę wzruszającym koncercie Queen na wrocławskim stadionie. Od tamtej pory częściej bywam na koncertach. Wcześniej odwiedziłam na jeden dzień Łukasza na Górnym Śląsku, który pokazał mi najpiękniejsze miejsca Gliwic, Zabrza, Bytomia i Katowic. Wizja Śląska, obitego betonem i ciężkim powietrzem odeszła w niepamięć. Następnie off-road i zwiedzanie poniemieckich podziemi przy Walimiu - świetna przygoda w Górach Sowich połączana z genialną imprezą przy ognisku, którą zakończyłam grzecznie przed godziną 23 ;) A później Slot Art Festiwal, który przyniósł mi mnóstwo energii i zapału, również do ćwiczenia kuglarstwa (trochę, tylko trochę, ale zawsze coś). Na Slocie mnóstwo koncertów, wspaniałej pogody, cudownego festiwalowego błota, kurzu i niewyspania, a także ludzi, których absolutnie nie da się spotkać w żadnym innym miejscu. Już tęsknię.
Sierpień był miesiącem wzruszenia, bo na ślubnym kobiercu stanęła Paulina. Nie spodziewałam się, że mam w sobie takie pokłady emocji ;) a jednak, górska sceneria i zamek w Międzylesiu zrobiły swoje. Sierpień to również koncert Scorpions, na którym bliska byłam oświadczyn Schenkerowi, chociaż w sumie nigdy nie byłam zagorzałą fanką. To również warsztaty fotograficzne z Tomaszewskim na wrocławskim Trójkącie Bermudzkim, które w pewien sposób otworzyły mi na nowo oczy na fotografię.
Wrzesień - powrót do Międzylesia, Międzygórza i Bystrzycy Kłodzkiej, której brzydotę na swój sposób uwielbiam. To pasmo niespodziewanych wrażeń tylko jednego wieczoru, opowieści o duchach, mrocznej mgle i ogniu. A dnia kolejnego plener ślubny Pauliny. Nieco ponad tydzień później - wylot do Paryża, czyli posezonowy powrót do tanich lotów i spontanicznego podróżowania. "
From Paris with love", chociaż miasto to nie przykuło aż tak mojej uwagi. A trzy dni po powrocie z Paryża - znów wyjazd do Kotliny Kłodzkiej, coś góry w tym roku nie dawały mi spokoju. Tym razem wieczór panieński Kasi, bo moje dwie paskudy stanęły przed ołtarzem w tym roku. Po powrocie wybrałam się na spektakl Ad Spectatores - "9 rekonstrukcja", który stał się moim uzależnieniem prawie na równi z Leningradem. A tydzień później huczne wesele :)
Październik to rozpoczęcie kolejnego semestru w szkole, ale nie tylko. W pewien sposób rozbudziła się moja miłość do teatru i ten miesiąc spędziłam w większości na wydarzeniach festiwalu teatralnego. Wzięłam udział w pierwszym flashmobie w swoim życiu, robiłam mnóstwo zdjęć, pierwszy raz miałam okazję uczestniczyć w próbie przed spektaklem, rozmawiać z reżyserem. Dla mnie, laika w tym temacie, to naprawdę świetne doświadczenie. I polubiłam teatr na tyle, że zapisałam się na zajęcia do akademii teatralnej. Niestety, brak czasu... Musiałam zrezygnować. Październik to również miesiąc sporych zmian w moim życiu zawodowym. Podczas imprezy integracyjnej w Money w 2011 roku obiecałam sobie, że na kolejnej już mnie nie będzie. Słowa dotrzymałam i pod koniec października złożyłam wypowiedzenie, a tydzień później siedziałam już w nowym biurze. Uwielbiam ludzi z redakcji, są wspaniali, wspominać ich będę cholernie miło. Imprezę pożegnalną również :) Jednocześnie byłam naprawdę w pełni gotowa na przeprowadzkę - brałam udział w rekrutacji do pracy w Barcelonie. Nie wyszło, ale doświadczenie z testów i rozmów to mimo wszystko kolejny level w zawodowym życiu. Przy tym całym zamieszaniu znalazłam też czas i chęci na to, by pojawić się po raz pierwszy na wrocławskim spotkaniu Geek Girls Carrots, od razu z prezentacją - pierwszą w moim krótkim życiu, i nie żałuję, bo rzadko się zdarza, by tyle fajnych babek przebywało w jednym miejscu, w jednym czasie. Wyjazdowo tylko Warszawa (Sztokholm i Budapeszt niestety nie wypaliły), ale za to z takimi zwrotami akcji... że już nic więcej nie napiszę, bo październik i tak jest już najdłuższy w całym podsumowaniu.
Listopad był miesiącem wdrażania się w nową pracę na starych, Lamowych śmieciach. Z tej dość krótkiej, mimo wszystko, perspektywy czasu myślę sobie, że to ciekawe doświadczenie, bo robię rzeczy całkowicie różne od tego, czym zajmowałam się w Lamie sześć lat temu (cholera, sześć!!!). Ale żeby nie było, że przynudzam tylko o pracy... W listopadzie odwiedziłyśmy Pragę - jednodniowa, intensywna wycieczka, po której nie czułam nóg i rozłożyło mnie zapalenie gardła. Dobrze było, znaczy się, a grzane wino w termosie to mój obecny
must have na każdą zimę. Listopad to również kolejne koncerty, zdjęcia, dużo zdjęć, kolejny szkolny plener fotograficzny w Przesiece (znów góry!) i mnóstwo inspiracji.
Grudzień, wiadomo, pamiętam najlepiej. To miesiąc, w którym porządkuję sobie swój wspomnieniowy bajzel i zastanawiam się, co dalej. A dokładniej - gdzie by tu wyjechać w kolejnym roku, co zrobić, gdzie się pojawić. Grudzień to taki specyficzny czas, kiedy zawsze brakuje gotówki na koncie, ale i tak, mimo wszystko, da się coś skombinować. I taką właśnie metodą, kombinatorstwa w sensie, odwiedziłam Drezno. Wyjazd specjalnie na jarmark, by pławić się w świątecznej, zimowo-kiczowatej atmosferze, z czekoladą z rumem i Last Christmas po niemiecku. A rok skończyłam w Kotlinie Kłodzkiej, w wiosce leżącej pośrodku niczego, bez zasięgu, nastawiona na reset i dobre towarzystwo.
I tak siedzę z tym winem na podłodze przy laptopie, jest 2:30 w nocy i myślę sobie, że może czasem mam więcej szczęścia niż rozumu, czasem brakuje mi jednego i drugiego, ale dzieciak jeszcze jestem, chcę robić głupie rzeczy, które za rok znów będę mogła w tym miejscu podsumować.
Powodzenia sobie i Wam :)