To jest ten czas, kiedy seksowne Mikołajki uroczo nucą melodię a'la Last Christmas, a podtatusiali wokaliści przyodziani w czerwone czapki z białym pomponem przytupują z nóżki na nóżkę do rytmu. Jest śnieżnie, gwiazdkowo, dzwoneczkowo i słodko aż do mdłości - macie ten obraz przed oczami? Coś na kształt singla Billy'ego z Love Actually, tylko w wersji mniej subtelnej. Mniej subtelnej, bo... po niemiecku! Macie, łapcie i chłońcie ten kicz i gładkość słów. Niszczy psychikę, ostrzegam.
Ale jakby nie patrzeć, ja ten kicz lubię. To jedyny kicz, który mnie nie drażni, a śmieszy, który jest znośny tylko ze względu na to, że lubię migoczące lampki, gwiazdki i odbite od śniegu łuny światła. Dlatego w tym roku poszłam krok dalej. Mamy we Wrocławiu piękny jarmark bożonarodzeniowy? Ano mamy. Ale w Dreźnie mamy większy ;) i idąc za głosem postanowienia, że warto czasem zrobić coś zupełnie bez większego namysłu, wybraliśmy się na małą wycieczkę, spróbować gorącej czekolady z rumem, bułki z wurstem i pohulać na diabelskim młynie.
Było przeraźliwie zimno, pod koniec dnia przypominaliśmy stado bałwanków, zamarzły nam włosy, czapki i szaliki, rękawiczki nie dawały rady, a aparat odmarzał cały kolejny dzień. Za to widziałam najpiękniejszy jarmark w swoim życiu. Ogromny wręcz, pełen przepychu, do bólu świąteczny, czułam się jak Kevin sam w Nowym Jorku.
Pięknie było :)























































