Hitler miał wyobraźnię. Na Dolnym Śląsku miało powstać największe podziemne miasto. Projekt "Riese" jednak nie został ukończony. Pod górą Osówką, w miejscowości Głuszyca w Górach Sowich można zobaczyć kilka korytarzy, które miały ostatecznie być połączone z kompleksami pod Zamkiem Książ, gdzie miała znajdować się główna siedziba Hitlera. Zabrakło jednak czasu i rąk do pracy.
W zboczach gór wiercono otwory w skałach, które rozsadzano materiałami wybuchowymi. W ten sposób powstawały sztolnie i komory, które wzmacniano obudowami żelbetowymi. Całość była uzbrojona w potężne sieci infrastruktur drogowych, kolejowych, a także wodociągowych, kanalizacyjnych, telefonicznych i energetycznych.
W dokumentach III Rzeszy istnieją zapisy pozwalające ocenić rozmiar materiałów użytych przy konstrukcji kompleksu Riese. Między innymi na tej podstawie można sądzić, że dotychczas około połowa podziemnych korytarzy nie została odnaleziona.
Osówka
Podziemia zawierają m.in. trzy sztolnie, z których najdłuższa ma ok. 450 metrów. Jedna z nich posiada tamy z cegły, które utrzymują wodę w tunelu. Całkowita długość tuneli: 1700 m (6700 m²; 30 000 m³). Dwa obiekty są szczególnie interesujące: tzw. kasyno i tzw. siłownia. Są to duże naziemne obiekty o powierzchniach 680 m² i 900 m².
Pierwsze zdjęcie naświetlałam 20 sekund. Gdybym miała możliwość, użyłabym statywu. A tak, musiała wystarczyć skałka, którą zalewała woda. W podziemiach trudno uciec od wilgoci, mgły (którą widać dopiero przy użyciu lampy błyskowej) i pary, która pokrywa obiektyw. Po wyjściu z korytarzy zdjęcia miały naturalny blur jeszcze przez dobre dwie godziny, zanim obiektyw odtajał. W podziemiach jest zimno: około 6-8 stopni Celsjusza. Poza tym zaatakowałam głową skałę (bywa nisko) i gdyby nie kask, właśnie chodziłabym z bandażem.
Kilka lat temu bardzo fascynowały mnie podziemne legendy, opowieści o tym, gdzie można znaleźć bunkry czy schrony. Mając 18 lat biegałam po Wrocławiu z książkami i bawiłam się w odtwarzanie tras i weryfikowanie urban legends krążących po sieci, rozmawiałam też z ludźmi, którzy trochę więcej siedzieli w temacie niż ja. Ale cóż, jak to zwykle bywa, szybko przyszło, szybko poszło. Została bierna fascynacja i zanudzanie ciekawostkami o wrocławskich i dolnośląskich legendach mniej obeznanych w temacie.
Ale - cholera! - włóczenie się po podziemiach ma urok. Można własnymi rękami dotknąć historii, zastanowić się nad celem systemu korytarzy (dwukondygnacyjnych!). Na mnie robi to wrażenie. Plan jest taki, by w tym roku pojechać jeszcze przynajmniej w jedne podziemia w górach.