Wyjazdy integracyjne mają to do siebie, że poza jedną wielką imprezą, można również spróbować rzeczy, których sama bym sobie nie zorganizowała. Tak też było z off-roadem. Nie mam prawa jazdy, więc swoje odsiedziałam na tylnym siedzeniu. Tyle jeśli chodzi o auta terenowe... Pozostali jednak zapewniali, że wrażenia za kółkiem nieziemskie, motoryzacyjny orgazm, muszę niestety uwierzyć na słowo i zacząć odkładać do świnki skarbonki na jakiś kurs.
Inaczej rzecz ma się z quadami. OK, nie poprowadziłam żadnego, ale trochę wiatru w zębach poczułam siedząc na miejscu pasażera i starając się nie wywinąć efektywnego fikołka w tył przy większej skałce. Choć, przyznam szczerze, spodziewałam się większego błota i telepawki, a tu się okazuje, że jazda po górach jest bardzo przyjemna.
Wjechaliśmy na Wielką Sowę, najwyższy szczyt Gór Sowich, popodziwialiśmy widoki. Pobluzgałam, że trzeba zsiąść z quada, wsiadłam do terenowego Nissana i podziwiałam widoki. To był świetny, intensywny weekend.
Na szczycie Wielkiej Sowy, zdjęcia z telefonu, kiedy mi aparat na chwilę zaginął w akcji ;)















