30 grudnia 2011

Analogowe love

W tym roku Mikołaj, zwany kontem oszczędnościowym, zafundował mi nowy aparat. Nowy to oczywiście za dużo powiedziane, bo nie śmigam jeszcze (jeszcze!) z wymarzonym pięć de mark dwa. Sprawiłam sobie analoga. Po plenerze fotograficznym Kwadratu w Przesiece stwierdziłam, że czas pobawić się czymś, co wymaga dużo więcej skupienia, przywiązywania uwagi do kadru, ustawień aparatu, wymusza pewną oszczędność, a nie pstrykanie czego popadnie. Jest w tym dużo uroku. A ciekawie zaczyna się robić wtedy, gdy oddaję kliszę w Fotojokerze do zeskanowania: "kliszę? tak, na pewno? yyyy.... w porządku".

Skoro już się chwalę, to muszę wspomnieć również o małym prezencie, który dostałyśmy z Pauliną od jej rodziców. W naszym mieszkaniu pojawił się kolejny analog, Zenit. Czeka tylko na nową baterię i już już będzie można nawinąć mu czarno-białą kliszę, czekającą na migawkę. Nie mogę się doczekać :D dawno fotografowanie nie sprawiało mi takiej frajdy!

Zdjęcia różne. Klisza testowa, więc pstrykałam różne różności, mając za podstawowy sprzęt jednak cyfrowego Canona. Dlatego takie rozstrzelenie tematyczne. 




1 komentarz:

  1. Ojeeeej! Ale czaderski kadr na grunwaldzki!!!! "W spadku" po moim Tacie (który w młodości dużo fotografował i nawet na tym zarabiał, a nie sądził, że córka pójdzie jego śladami) został mi się tylko Zenit właśnie. Ale narazie nie mam czasu "na poważnie" się nim zająć. Ukradłam z niego tylko lampę Panasonica, którą mój Tatko kupił w Austrii, 21 lat temu :) A ja ją nadal używam w moim Olympusie :D Analogowa fotografia jest magiczna. Ma duuuużo więcej "duszy i emocji"! A te Twoje kadry... Mają coś takiego, co mi przypomina stare, świetne filmy z Louis de Funes! :)

    OdpowiedzUsuń