W tym roku Mikołaj, zwany kontem oszczędnościowym, zafundował mi nowy aparat. Nowy to oczywiście za dużo powiedziane, bo nie śmigam jeszcze (jeszcze!) z wymarzonym pięć de mark dwa. Sprawiłam sobie analoga. Po plenerze fotograficznym Kwadratu w Przesiece stwierdziłam, że czas pobawić się czymś, co wymaga dużo więcej skupienia, przywiązywania uwagi do kadru, ustawień aparatu, wymusza pewną oszczędność, a nie pstrykanie czego popadnie. Jest w tym dużo uroku. A ciekawie zaczyna się robić wtedy, gdy oddaję kliszę w Fotojokerze do zeskanowania: "kliszę? tak, na pewno? yyyy.... w porządku".
Skoro już się chwalę, to muszę wspomnieć również o małym prezencie, który dostałyśmy z Pauliną od jej rodziców. W naszym mieszkaniu pojawił się kolejny analog, Zenit. Czeka tylko na nową baterię i już już będzie można nawinąć mu czarno-białą kliszę, czekającą na migawkę. Nie mogę się doczekać :D dawno fotografowanie nie sprawiało mi takiej frajdy!
Zdjęcia różne. Klisza testowa, więc pstrykałam różne różności, mając za podstawowy sprzęt jednak cyfrowego Canona. Dlatego takie rozstrzelenie tematyczne.












Ojeeeej! Ale czaderski kadr na grunwaldzki!!!! "W spadku" po moim Tacie (który w młodości dużo fotografował i nawet na tym zarabiał, a nie sądził, że córka pójdzie jego śladami) został mi się tylko Zenit właśnie. Ale narazie nie mam czasu "na poważnie" się nim zająć. Ukradłam z niego tylko lampę Panasonica, którą mój Tatko kupił w Austrii, 21 lat temu :) A ja ją nadal używam w moim Olympusie :D Analogowa fotografia jest magiczna. Ma duuuużo więcej "duszy i emocji"! A te Twoje kadry... Mają coś takiego, co mi przypomina stare, świetne filmy z Louis de Funes! :)
OdpowiedzUsuń