Ostatnio na jednym z serwisów dostałam uszczypliwy komentarz, że "prawdziwych zdjęć nie robi się ajfonem", że prawdziwe to tylko te z aparatu, lustrzanki, wiadomo. Komentarz dotyczył jednego z moich zdjęć, które pozwoliłam sobie podlinkować. Spytałam więc, co to są te "prawdziwe" zdjęcia. Bo jeśli takie, które można znaleźć na wystawach czy w albumach, to teoria, że prawdziwych nie robi się telefonem upada, choćby w obliczu najnowszej wystawy we wrocławskim Firleju (o TU można poczytać). No patrzcie, wystawa zdjęć zrobionych iPhonem! Toż to straszne. Nie doczekałam się odpowiedzi od uszczypliwego użytkownika, tak więc nadal nie wiem, czym są "prawdziwe zdjęcia" i w czym mój rozwalony telefon miałby być gorszy od aparatu, w chwili gdy jest okazja do uchwycenia ciekawego momentu.
A skoro nie wiem, to pozwalam sobie nadal bez skrępowania publikować na blogu zdjęcia zrobione iPhonem, bo wbrew pozorom telefon ten to niezła bestia jest i ratuje tyłek w nieoczekiwanych sytuacjach, gdy do damskiej torebki akurat nie zmieściła się lustrzanka z miliardem akcesoriów. I tak, w tym przypadku też ratował tyłek, bo akurat wracałam w sobotnie południe z imprezy i nie w głowie mi było myśleć o zabraniu z domu aparatu ;) Wiem, że są niedociągnięcia, ale nadal jaram się panoramami i Photosynthem.
Poza tym stałam się właścicielką nowego Canona (łiiiiiiiiiii!!!!), tak więc oczywistym chyba jest, że teraz będą na blogu zdjęcia z komórki? Kobieca logika.







