






Jest jedno miejsce we Wrocławiu, które mijam codziennie w drodze do pracy. Wesołe miasteczko. I wszystko jest pięknie, kolorowo i uroczo, ale tylko do pewnego momentu. Wesołe miasteczko stoi w tym samym miejscu od lat, być może dekady, albo i dłużej. Jest tam od zawsze. I stoi. Nie widziałam jeszcze, by ktokolwiek kiedykolwiek korzystał z karuzeli, by biegały tam dzieciaki. Mało kto się tam zapuszcza, samotna wyspa w centrum miasta. Nie jest to jednak miejsce opuszczone. Co jakiś czas karuzele się kręcą, światła migoczą, gra muzyka, ale co z tego, skoro cały ten cyrk jest dla nikogo.
I teraz pytanie: dlaczego wesołe miasteczko, mimo że jest miasteczkiem-widmem, stoi szmat czasu w tak atrakcyjnym punkcie miasta? Dlaczego nikogo to nie zastanawia? A jeśli zastanawia - to czemu nikt nie porusza tematu?
Krąży o tym miasteczku parę urban legends. Może ktoś je kiedyś zweryfikuje. Może - o ile nikt nikogo nie będzie stamtąd wyrzucał, tak jak mnie dzisiaj. "Bo proszę pani, tu się nie fotografuje."










