05 stycznia 2015

Skrzyczne


Nie nauczyłam się jeździć na desce - mój tyłek i nogi nie są kompatybilne z całym tym sprzętem, było mi zimno i ogólnie jakoś bez szału, ale nie zniechęcam się. Może po prostu nie trafiłam na czas, gdy tarzanie się w śniegu może sprawiać frajdę. W ogóle trudno ostatnio określić, co sprawiłoby mi największą frajdę. Spędziłam jednak czas w fajnym miejscu z fajnymi ludźmi, nie rozmyślając za dużo i po prostu odpoczywając, co w ubiegłym roku nie zdarzało się często.

To zabawne, ale odczuwam pustkę. Skończyłam swój cykl One Photo A Day i gdy 1 stycznia obudziłam się ze świadomością, że dzisiaj zdjęcia nie będzie, zrobiło mi się trochę przykro. Fajnie było mieć cel każdego dnia. Uświadomiłam sobie, że pamiętam niemalże każde zdjęcie, które zrobiłam w ramach cyklu i pamiętam okoliczności, w jakich powstało. Mimo że fotografowałam często pierdoły, czasem z konieczności, bo trzeba coś wrzucić, to jednak była to solidna nauka konsekwencji i pielęgnowania przyzwyczajeń. Cykl wciąż wisi na tumblrze i pewnie będę od czasu do czasu do niego wracać, a tymczasem mam w głowie pomysł na nowy cykl, który kiełkował od paru tygodni, aż w końcu wykiełkował, zapełniając noworoczną pustkę. Zdjęcia się robią, jeszcze tylko nie wiem, w jakiej formie będę je publikować, i czy w ogóle będę. Ta kwestia zostaje póki co otwarta, ale zastanawianie się nad nią sprawia mi przyjemność, więc pewnie jeszcze trochę sobie o tym pomyślę.


Trochę myślałam też o postanowieniach noworocznych i przyznam, że mam z nimi problem. Formuła, która sprawdzała się dwa lata temu, dziś wydaje mi się już wyczerpana, szukam więc czegoś nowego. Przeczytałam ciekawą myśl, że angielskie słowo "priority" przez całe stulecia, od XV wieku poczynając, występowało w liczbie pojedynczej, dopiero w XX wieku zaczęto mówić "priorities", co świadczy trochę o naszych czasach (tu oryginalny tekst). Gdyby się zastanowić, to faktycznie, rzadko kiedy mówimy o priorytecie, wszechobecne są priorytety. Czyli nie skupiamy się na tym, co najważniejsze, tylko mamy kilka głównych celów, ale żadnemu nie poświęcamy 100 procent czasu. Zastanawiam się, czy potrafię wskazać jeden obszar, czy też jedną rzecz, która byłaby dla mnie najważniejsza i to jej podporządkowałabym wszystkie inne sfery swojego życia? To trudne, ale chyba wiem. W tym roku najbardziej chcę dbać o zdrowie - psychiczne i fizyczne. Ten jeden aspekt ma wpływ na wszystkie inne, wydaje mi się najistotniejszy, bo gdy jesteś zdrowy, masz więcej sił na pracę, rozrywkę, dodatkowe aktywności. Bez zdrowia wszystkie te aspekty przestają być istotne, nie sprawiają radości. Gdy to piszę, czuję się bardzo staro i dojrzale i oczami wyobraźni widzę siebie jako zrzędzącą babę, ale tak, chyba nadszedł czas, by postanowieniem noworocznym nie były podróże, tylko dbanie o ciało i duszę. Podróże i inne rozrywki mogą być elementem tego dbania, ale nie będą priorytetem.

Skoro już pozrzędziłam, to może czas wziąć się do roboty. Zamierzam upiec sama chleb :D i będzie pyszny!

01 grudnia 2014

Night stories

 

12 listopada 2014

Tu zawsze jest pięknie

 

Złapać oddech.

24 października 2014

Jak powinna wyglądać podróż idealna?

Dużo zwiedzania, ciekawych miejsc, poznanych ludzi, czy może bardziej skromnie - zaszycie się gdzieś pośrodku niczego? Zawsze, gdy wyjeżdżam, zadaję sobie pytanie, co chciałabym na miejscu zobaczyć. I jeszcze ani razu nie zdarzyło mi się, żebym potrafiła na początku określić, gdzie chcę koniecznie zajrzeć. Nastawiam się na przypadek, choć wcale nie uważam, że to najlepsza opcja. Niespodzianki są super, ale brak planów sprawia, że często omija mnie sporo rzeczy, o których nie wiem, a mogłabym wiedzieć, gdybym przed podróżą poczytała trochę o miejscu, do którego jadę.

Na początku października odwiedziłam Budapeszt. Nie wiedziałam o tym mieście nic więcej, niż parę podstawowych informacji. Nie zgubiłam się, zobaczyłam chyba większość tak zwanych punktów obowiązkowych, wymoczyłam się cały dzień w termach, piłam węgierskie wino i spacerowałam zupełnie nieturystycznymi szlakami. Zaliczyłam zatem chyba wszystko, co w czasie tak krótkiej podróży można zaliczyć i doprowadziło mnie to do wniosku, że wszystkie europejskie stolice wpisują się w jeden schemat. To nic odkrywczego, oczywiście. Ale chyba nie chcę zwiedzać więcej miast, a przynajmniej na pewno nie poświęcać im aż tyle czasu. W każdym mieście są miejsca typu "must see", starówka, rynek lub zabytkowe centrum, najczęściej pięknie odrestaurowane, spacerowe, z mnóstwem sklepików i mnóstwem turystów. W każdym mieście znajdzie się zabytek nieco dalej od centrum, ale też warty uwagi. W każdym mieście są parki, w tym jakiś jeden szczególnie piękny, który warto zobaczyć. W każdym mieście znajdziemy również mniej turystyczne miejsca, z hipsterskimi knajpkami, pubami, miejscami artystycznymi, które odstają nieco od przewodnikowej sztampy. I to wszystko jest w porządku, ale ja już nie chcę odwiedzać takich miast. Mieszkam w takim mieście i mam to na co dzień. Zabytki mnie nigdy jakoś szczególnie nie kręciły. Muzea lubię, ale odwiedzam je bez większej euforii. Nie cierpię tłumów w takich miejscach. Alternatywne knajpki też są super, ale nie muszę lecieć za granicę, żeby wyjść na miasto napić się piwa. W Budapeszcie odkryłam, że zwiedzanie kolejnych miast nie jest tym, czego szukam i czego oczekuję od podróży. 

Tym, co mnie obecnie najbardziej kręci, jest natura. Bardziej tęsknię do norweskich fiordów, niż do sztokholmskiej architektury. Bardziej chcę łazić po szkockich czy rumuńskich górach, niż przemierzać ulice Paryża czy Berlina. Zamiast ulic handlowych i sterty sklepów z pamiątkami, wolę małe targowiska i lokalne sklepiki. Mój dotychczasowy sposób podróżowania uniemożliwiał zwiedzanie mniejszych miasteczek. Brak dłuższych urlopów, jednorazowe strzały w postaci spontanicznych zakupów biletów lotniczych, szybkie jednodniówki... Teraz chcę inaczej. 

Marzę o tygodniu na północy Norwegii i zobaczeniu zorzy polarnej, marzę o przemierzaniu pociągiem Szkocji i zanurzeniu stóp w Loch Ness, marzę o złażeniu wzdłuż i wszerz Siedmiogrodu. To moje trzy małe plany na podróże za granicą, które wcale nie są aż tak dalekie od realizacji. Mam też parę planów na Polskę. Chcę przejść całe Karkonosze szczytami gór, chcę odwiedzić Ponidzie i zajrzeć po wielu latach w rodzinne strony mojej babci, chciałabym w końcu zrealizować plan jeżdżenia przez cały weekend pociągami po Polsce - od Tatr po morze w dwa dni, chciałabym się nauczyć jeździć na desce. To ostatnie zrealizuję całkiem niedługo :) przedostatnie być może też.

Jeszcze tylko nie wiem, czy znajdę towarzystwo do tych wszystkich "chciałabym". Może znajdzie się ktoś, kto chciałby zobaczyć te same miejsca.

Tymczasem pozdrowienia z Budapesztu :)


25 września 2014

Na szlaku

Zaczęło się rok temu, gdy po pewnym przykrym incydencie potrzebowałam się uspokoić i nabrać dystansu. Mimo że w ogóle nie chodziłam po górach, nie miałam kondycji, pogoda była koszmarna i nie byłam zupełnie przygotowana, poszłam w te nieszczęsne góry pełna determinacji. Mimo deszczu, porywistego wiatru i zimna szłam pod górę, bo przecież jak to, ja nie dam rady? Na sam szczyt nie dotarłam, bo po drodze stałam się jedną wielką kałużą wody i gradu. Wyprawa ta jednak uświadomiła mi, że upór bardzo przybliża do celu. Celem nie był szczyt, tylko nabranie dystansu. Przy okazji nabrałam również pewności, że wrócę na ten szlak - problemy po drodze znikają, a góry z pewnością będą na miejscu jeszcze przez jakiś czas.

Nie wiem, co mi się wtedy poprzestawiało w głowie, może wypiłam za dużo grzańca. Poprzestawiało na tyle, że w ciągu ostatnich paru miesięcy inne rejony świata mogłyby dla mnie praktycznie nie istnieć. Fajnie jest polecieć do Amsterdamu, super się siedzi na plaży w Sopocie, ale odkryłam, że prawdziwą satysfakcję daje mi świadomość, że pokonuję kolejne stopnie pod górę i mogę spojrzeć na świat ze szczytu. Jaki by nie był, zdobycie go to moja własna praca, nie samolotu, nie pociągu ani tym bardziej taksówki, tylko moich nóg, które idą dokładnie tam, gdzie ja chcę. Jest w górach jakaś wolność. Panuje zupełnie inny klimat. Na szlaku każdy mówi dzień dobry, zawsze, każdemu. Ludzie się przepuszczają w wąskich przejściach, gdy ktoś idzie trochę wolniej. Możesz się przysiąść do czyjegoś stolika w schronisku i bez problemu zagadać, o cokolwiek. Możesz iść po ścieżce obok matki z pięcioletnim dzieckiem i rozmawiać z maluchem o fotografii, bo okazuje się, że dzieciak całkiem sporo ogarnia. W górach panuje po prostu sympatyczna atmosfera, może dlatego, że gdy nocujesz w schronisku, to nie ważne, ile masz pieniędzy, jaką pracę i jaki smartfon w kieszeni - zawsze masz taki sam pokój jak inni, z dokupioną za 7 zł pościelą, jesz te same paskudne parówki na śniadanie, też przy kawie studiujesz mapę i może ci się przypadkiem włączyć czeski roaming. Mam wrażenie, że świat w górach jest prawdziwszy, bo na szczycie zostaje człowiek w otoczeniu tylko tych rzeczy, które jest w stanie sam na górę wnieść. Wszyscy są podobni i chyba to sprawia, że w jakiś bliżej nieokreślony sposób jesteśmy sobie bardziej przychylni.

Nie to, że nad morzem czy w miastach jest źle. Ale jakoś nie wyobrażam sobie, że w ten sam sposób, co do stolika w górskim schronisku, dosiada się do mnie bananowa młodzież w sopockiej Zatoce Sztuki. Pomijając, że nigdy nie będzie w niej tak cicho, jak przy zachodzie słońca na szczycie góry.

Nadal nie uważam się za obeznanego w temacie górołaza, wręcz przeciwnie, wciąż byłam w górach tylko kilka razy, ale chyba wsiąkłam na dobre. Nie wiem, dlaczego wcześniej nie lubiłam gór. Może zawsze pokutowało we mnie przekonanie, że nie dam rady, że to męczące, że po co się tak pocić. Jednak jak się już upocisz i zrobisz te parę kilometrów, to satysfakcja jest tak ogromna, że nie da się jej do niczego porównać. Oczywiście, że jest się zmęczonym i ma się "wszystkiego serdecznie kurwa dość" przy końcowym podejściu. Ale ile przy tym wydziela się endorfin!

W ostatni weekend sierpnia, po równo 20 latach (jak to brzmi!) weszłam znów na Szrenicę. To znaczy - o ile pamiętam - to poprzednim razem jednak wjechałam wyciągiem. Tym razem po szlaku prowadziły mnie moje nogi w zniszczonych już bardzo butach. Marzyłam o tym, by w schronisku na szczycie zjeść kultowe naleśniki z serem, śmietaną i jagodami. I udało się, choć jagody, wiadomo, to nie to samo, co 20 lat temu. Zamiast świeżych owoców na talerzu znalazłam kisiel i trochę jagodowej mazi, ale było to wtedy kompletnie nieistotne, bo oto stał przede mną peerelowski talerz z duraleksu z dwoma wielkimi naleśnikami, butla piwa, a za oknem ustawał deszcz i dało się zaobserwować lekki fen i naprawdę, szaleńcza radość była blisko.

Pierwszy raz oglądałam zachód słońca na szczycie. Dobra pogoda i przewijające się przez niebo chmury zafundowały mi spektakl świateł, pośród których wędrowały niższe szczyty Karkonoszy po czeskiej stronie. I mimo że uwielbiam zachody słońca nad wodą, tak po ostatniej wizycie w górach, na mojej liście morze i jeziora zdecydowanie spadają na dalsze miejsce. Wyjątkiem są chyba tylko zachody w Skandynawii, ale to już inna bajka.

Słońce zachodziło dobrą godzinę, a nawet po upływie tego czasu nie zrobiło się całkowicie ciemno. Oczy przyzwyczajały się do zmiany światła i jeszcze po godzinie 21 dało się dostrzec ostatnich pieszych wędrujących do schroniska. Wieczorem przeszliśmy jeszcze cztery kilometry - na czeską stronę, mijając ciekawe skałki (o uroczej nazwie Trzy Świnki) i doszliśmy do Voseckiej Boudy, bardzo klimatycznego, drewnianego schroniska. Można było iść dalej, ale cóż, nikt nie miał latarki. Wiadomo, mieszczuchy w górach ;)

Drugiego dnia, po zjedzeniu na śniadanie bezsmakowych parówek, ruszyliśmy w stronę Szklarskiej Poręby. Po drodze zeszliśmy na herbatę do schroniska Pod Łabskim Szczytem, nad którym królują rogi jelenia, a do herbaty Lipton trzeba dopłacić złotówkę. Dalej niebieskim szlakiem, momentami dość stromym, biegnącym przez las. Tu zaskoczyła nas mapa, która wskazywała, że zejście zajmie nam około 50 minut, a tymczasem na miejscu pod wodospadem Szklarki byliśmy po dwóch godzinach. Urok tego szlaku polega jednak na tym, że jest praktycznie pusty, a po drodze można napotkać na świetne miejsce przy strumyku, gdzie można zdjąć buty, brodzić po kostki w wodzie i udawać, że wcale nie jest zimno.

Schroniskowe jedzenie zasługuje chyba na osobną galerię zdjęć. W kolejnym zjadłam pyszny, domowy obiad, który wraz z grzanym piwem w zestawie kosztował mnie niewiele ponad 20 złotych. Siedząc przy stole otaczały mnie górskie obrazy na sprzedaż, przeróżne bibeloty mniej i więcej warte, ale największy urok miał zdecydowanie drewniany posąg Karkonosza, postawiony przed wejściem ku uciesze turystów, czyli również mojej (oczywiście, że zrobiłam mu zdjęcie). O wodospadzie nie wspominam, bo może i piękny, ale ogrodzony, a jakoś nie przepadam za barierkami, przy których można tylko stanąć i się oprzeć.

Ten jeden, weekendowy wyjazd pozwolił zaplanować kolejne trasy po Sudetach, które pierwotnie chciałam przejść dopiero wiosną, ale chyba nie wytrzymam. Już wiem, że nie wytrzymam.

Przeczytałam dziś na fb komentarz pod zdjęciem znajomej, że góry są wystarczająco wysokie, by spojrzeć na życie z właściwej perspektywy. Podpisuję się pod tym wszystkimi obolałymi kończynami.