12 marca 2014

To tylko kino, do cholery



Chodzę raz w tygodniu do kina. Mam za darmo, to korzystam, póki mogę. Rozmawiam więc z kumplem o tym, kto jaki film ostatnio widział i recenzujemy sobie przy bagietce hity i kity ostatnich miesięcy. Kumpel pyta, czy widziałam film taki i taki. Mówię, zupełnie szczerze, że nie, nawet o nim nie słyszałam. Widząc zdziwienie i niedowierzanie na znajomej twarzy, pytam: no co?

- To przepraszam, do jakiego kina ty chodzisz?
- Do Multikina.
- Dżizaz, w życiu. Z kin to tylko Horyzonty lub DCF.

A ja się pytam, czemu chodzenie do Multikina jest złe? Bo popcorn? Bo nie ma fancy wystroju, tylko bar z colą i różowe światełka?

Okej, w Horyzontach jest ładnie. W DCF-ie też. Ale na litość boską, nie wpadajmy w paranoję - ostatecznie sala kinowa wszędzie wygląda podobnie. Ja wiem, że repertuar się różni, jest kino ambitniejsze i to mniej ambitne, ale jeśli się przyjrzeć repertuarom w trzech wyżej wymienionych kinach, to okaże się, że różnica w ofercie nie jest bardzo duża, szczególnie w okresie oscarowym.
Poza tym to, że w NH czy DCF nie sprzedają popcornu wcale nie znaczy, że ludzie na salę wchodzą kulturalnie gęsiego, mówiąc kulturalne dzień dobry każdemu, zasiadając sztywno w fotelu i zastygając w bezruchu na cały film, byle garnitur się nie pogniótł i by współoglądający odczuwali komfort w trakcie seansu. Nie. Na sali nadal zdarza się słychać szepty i śmiechy, czasem komuś zadzwoni telefon, a to, że ktoś cichaczem wyjmie z torby batonika czy colę, nie jest wcale czymś rzadkim. To nadal jest tylko kino, nadal dla zwykłych ludzi, którzy często nic sobie nie robią z zakazu jedzenia na sali.

Tanie poniedziałki są fajne, tanie środy również. Gdy odwiedzisz wrocławskie niszowe kina w ten dzień, napotkasz ścianę ludzi. No cóż – nie każdy może chodzić na seanse przed południem.

Wiecie, za co lubię Multikino? Że, podobnie jak galerie handlowe, w ciągu tygodnia zazwyczaj świeci pustkami. Chodząc do kina w poniedziałki i wtorki mam seans niemalże na wyłączność. Bo raz, że na te ambitniejsze filmy do Multikina tłumy ludzi nie chodzą (na Co jest grane Davis siedziały trzy osoby), a dwa: to nie jest kino, które nastawia się na dziki zysk w tygodniu. Tu największe żniwa są w weekendy, gdy kino okupują rodziny z dziećmi po tradycyjnym, sobotnim shoppingu i grupy przyjaciółek – również po tradycyjnym sobotnim shoppingu. A ja nie potrafię powiedzieć, kiedy ostatnio byłam w kinie w weekend.

I zupełnie mi to nie przeszkadza. Żeby obejrzeć film nie potrzebuję mieć alternatywnego wystroju wnętrza. Nie robi mi różnicy, czy po wyjściu z sali wita mnie różowy neon i jednorożce, czy huśtawka i ściana z oldschoolowymi plakatami. To miły dodatek, ale nie jest mi niezbędny, by cieszyć się kinem. Dlatego nie rozumiem, czemu tyle osób idzie w zaparte, że jak kino, to wyłącznie niszowe, podczas gdy do Horyzontów chodzą nie na przegląd współczesnego kina holenderskiego, tylko na Nimfomankę i Jacka Stronga.

Uściślając - nie mam nic do Nowych Horyzontów czy DCF-u. To naprawdę fajne miejsca i też bardzo lubię tam chodzić. Ale tak samo lubię być w Multikinie. Jeśli oglądam beznadziejny film, to nie stanie się on nagle mniej beznadziejny tylko dlatego, że akurat siedzę w fotelu w Horyzontach.

Teraz ciekawostka. Kiedyś miałam do oddania "na już" bilety na dowolny seans, właśnie do Multikina. Zaproponowałam je znajomemu, bo wiedziałam, że ma nową dziewczynę i może się skusi. Jednak zamiast zwykłej odmowy, usłyszałam pełne odrazy "zwariowałaś?!". No cóż, drodzy kinowi obrońcy jedynych słusznych miejsc w których można oglądać filmy, zadajcie sobie to samo pytanie.

Na koniec: Nimfomanka mi się nie podobała, Jack Strong wręcz przeciwnie. Ale po cichu kocham się w Dorocińskim, więc mogę być nieobiektywna. Uwielbiłam też dwie, bardzo kontrastowe role Amy Adams – w Her oraz w American Hustle, przy czym ta druga urzekła mnie dużo bardziej, choć sam film już niekoniecznie. W Her z kolei pokochałam zdjęcia, scenografię i głos Scarlett Johansson. Ponadto zapisałam się również do klubu pocieszycieli Leonardo DiCaprio, bo uważam, że jako wilk wciąga kokę w prawdziwie oscarowym stylu. Moje największe rozczarowanie to Sierpień w hrabstwie Osage, które ratuje tylko Julia Roberts (wybacz, Meryl). Raz popełniłam grzech ciężki i wybrałam się na polską komedię romantyczną, bo nie grał w niej Adamczyk. Ale przysięgam, nie zrobię tego więcej.

Powyższy kadr pochodzi z filmu Co jest grane Davis. Myślę o tym filmie od wczoraj i nadal nie wiem, czy mi się podobał, czy nie. W tej scenie Davis zostawił w aucie swojego kota, który zdążył skraść moje serducho, i na tym kończy się wątek puszystego przyjaciela. Trochę szkoda.

5 komentarzy:

  1. Nie cierpię popcornu, więc wolę NH od Multikina i cieszę się, że NH jest (chociaż zamiast niego wolałabym, żeby wciąż istniały Atom i Lalka, poza tym dalej szkoda mi tego Predatora ze starego Heliosa), ale kino to kino. Zresztą ja tam chodzę na filmy, a nie do kina. Nie kumam takiej dyskryminacji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na moje cotygodniowe chodzenie do kina tylko raz trafiłam na osobę jedzącą popcorn w tym samym rzędzie, co ja :)

      Usuń
  2. No cóż, mnie już nic nie dziwi, jeżeli w radiu państwowym słyszę redaktora, który zbolałym głosem skarży się, że został zmuszony pójść na film do komercyjnego kina i tam ludzie "żarli. Nie, nie jedli, ale właśnie żarli". A on biedny musiał to przecierpieć. I płacze na antenie, jaka to krzywda go spotkała, a potem wracał do radia autobusem, a w tym autobusie bezczelni ludzie przewozili rowery. I taki biedny zaszczuty wraca do domu, po codziennym stykaniu się z bydłem na ulicach. I powtórzę raz jeszcze, redaktor z państwowego radia, radia, na które płacimy abonament, podatki - my, żrący w kinie.

    A ja do kina chodzę tam,. gdzie mi wygodniej i bardziej po drodze. Tam, gdzie grają film, który chcę zobaczyć o pasującej mi porze i wybranym dniu.

    OdpowiedzUsuń
  3. co tu dużo mówić - nie jesteś snobką :)

    OdpowiedzUsuń